Może to za sprawą tej atmosfery, co jak pszczoły na łące, wydaje niespokojne odgłosy, ale nie wiem, czy wydobędę z siebie małe zalążki światła, dziś tak potrzebnego, by opowiedzieć w swoim dzienniczku wybuch obrazów. Nie mogę ich stracić.
-
Kilka dni temu byłam u Dziadka. Widziałam starszego pana z długą siwą brodą, starannie rozczesaną. Podejrzewam, że gdybym podeszła do niego, na pewno poczułabym zapach pieczonych jabłek, i ten zapach rozchodziłby się przede wszystkim z jego brody. Ubrany był w ciemnogranatowy płaszcz z jasną kratą, jego blada dłoń zaciskała się na lasce, a w długich pożółkłych paznokciach wplątane były białe, brutalnie wyrwane kobiece włosy.
Stał na wzgórzu i przyglądał się, kiedy wraz z Duszyczką obmywałam grób z kurzu i ciepła. Byłam zła na słońce, że tak mocno ogrzało kamień, bo tak bardzo chciałam położyć swój policzek między znicze, między rozsypane kwiaty i bazie. Chciałam być bliżej Dziadka, chciałam przeprosić. Zbyt długo Go nie odwiedzałam i czułam, że zawiodłam.
Wyczyściłam brud, który osiadł na kamieniu - to były modlitwy. Brudne, stare modlitwy żony, która popada w otępienie, która grozi ludziom, wpatrując się w Matkę Boską, modlitwy złych ludzi. Przyniosłam Mu świeże gałęzie, które pachniały jak las. Być może za ich sprawą przypomniał sobie, jak chodził po lasach w poszukiwaniu grzybów. Bo ja doskonale pamiętam dźwięk Jego głosu, gdy chwalił się ujrzanym przez siebie leśnym zwierzęciem. Zachwyt i miłość. Pamiętam światło w Jego siwych włosach - światło słońca, światło, które wysokie drzewa nie dopuszczają całkowicie do naszych głów. Pamiętam Jego duże zniszczone dłonie na starym pniu. Z lasu czerpał siłę, tak potrzebną Mu do dbania o własne roślinki na działce.
Pozłacane litery, które tworzą imię i nazwisko. Ściemniały przy dacie urodzin i śmierci. Wykrwawić się, pędzelkiem nanieść szkarłat, zamazać nim ostatnią datę. Może wszystko byłoby Dobre i Ciche?






