wtorek, 19 listopada 2013

19.11.13

Jeszcze chwilę temu byłam wariatką, pozbawioną jakichkolwiek skrupułów przed odebraniem sobie czegoś najcenniejszego. Do teraz nie wiem, co to było/jest. Nie bardzo wiem, jak mam się wsłuchać w siebie, i czy w ogóle tego chcę. Bo to trudne, choć myślę, że chodzi tu bardziej o to, że boję się usłyszeć to, co we mnie krzyczy. I boję się zobaczyć to, co we mnie siedzi, ukryte za kośćmi i pomiędzy nimi również. Co chowa się pomiędzy ścięgnami, i co płynie w krwi, mając nadzieję, że nikt i nic tego nie wykryje. Ja nie chcę tego wykryć, ale to naprawdę trudne. Wierzysz mi? Wierzysz, że to trudne? Przez chwilę bałam się, że ja, to tak naprawdę nie ja, a moje ciało, to nie moje ciało. Tutaj musisz mi uwierzyć, że było to uczucie straszne, odrobinę pozbawione sensu i jakiejkolwiek równowagi. Do teraz zastanawiam się. Ogółem.
Jeżeli różaniec za zmarłych, w dalszym ciągu będzie tak niszczyć mnie emocjonalnie i psychicznie, to, jeśli dobrze mu pójdzie, do końca tego miesiąca znowu obrócę się w to, czym byłam nie dalej jak (zapewne nie całe) pół roku temu. Dopiero co, pełna nadziei, wyściubiłam czubek nosa, jeden cały duży palec u prawej stopy, trochę kolana, trochę włosów, trochę siebie, zza tej czarnej kurtyny, pożółkłej już zresztą. Dopiero co, a już dopada mnie to samo, a już cofnęło mnie na sam początek - prawie. Nadal walczę, wiesz? Bo naprawdę chciałabym zatrzymać tą iskierkę w swoich wyciągniętych jeszcze dłoniach. Przesuwając opuszkami palców po kolejnym paciorku, dostałam w twarz od smutku. Ponownie, choć to nie był ten... mniej niepokojący smutek. To był ten konkretny, od którego w ostatnich czasach myślałam, że udało mi się uciec. Och, jakaż głupia byłam. Przypomniał mi się M. I ta rozpacz, jaka przyszła tuż po Jego śmierci. To zabolało. Myślę sobie 'dam radę...' choć wiem, że to tylko jedna z formułek, jakie powinny przynosić mi na moment siłę i ukojenie. Żadna taka nie przynosi, ale przenosząc to na inną siatkę swoich myśli, wydaje mi się, że nie jest to tak straszne, jak jeszcze kiedy myślałam trzeźwiej. Uciekam, i pozwalam, by osoby zrobiły to samo. By uciekły ode mnie. Bo myślę sobie również, wy będziecie, a dla mnie niewiele to zmieni. Nadal będę spierać się sama ze sobą, nadal będę miała problemy, nadal w moim umyśle będą splątane myśli, coraz bardziej przypominające te najbardziej niepokojące. To nie prawda, że wariat nie wie, że zwariował. I odchodzą. Te osoby. Choć nie w takim tempie i nie w takiej kolejności, jakiej bym sobie życzyła. Ale to bez różnicy. Brakuje mi nawet witamin, a białe plamki na paznokciach robią się coraz większe. Zabawne, jak taka plameczka potrafi wpędzić mnie w zadumę, powodując niekiedy panikę. Umieram? Nie, nie umieram. Mojemu ciału po prostu cały czas czegoś brakuje.
Spanikowałam dzisiaj, kiedy cicho poruszając ustami, nie wiedząc kiedy, poczułam na wargach słone łzy. Skąd się wzięły - nie wiem. Bo nie z oczu, nie. Moje oczy nie płaczą. Odkąd im zakazałam, nie płaczą. Ich łzy, jeśli takowe jeszcze istnieją, spływają wgłąb, tak, by mi się nie pokazywały. Nie pokazują mi się, więc to tak, jakby ich nie było. Ja nie płaczę, moje oczy nie płaczą, więc co to było? Zwykła słona woda, która zawierała zbyt wiele gorzkiego posmaku. Starałam się skupić na wypaplaniu formułki, ale nie mogłam przy tym nie krzywić się. Gorzkość... Czuję gorzkość jeszcze teraz. I tę bezradność. Nie widziałam tylko tego budzącego we mnie niepokój pomnika. Ale zobaczę go jutro, albo po jutrze, może po po jutrze, a może za tydzień. Zobaczę. Specjalnie przyjdę wcześniej i specjalnie usiądę na przeciwko niego. Jak najbliżej. I skupię się na nim, i... I może wtedy tej dziwnej gorzko słonawej wody nie będzie. I może nareszcie odetchnę, zrzucę tą dziwną, niewidzialną osobę z mojej piersi. Może odetchnę po prostu. Utworowi...

"Wsłuchać się do ogłuchnięcia
Wpatrzeć się do oślepnięcia
Wdyszeć się do beztchu w piersiach
Wmyśleć się do unicestwienia

Ach, wykrwawić się - do Słońca!

Kochać aż do obrzydzenia."
~Rafał Wojaczek

Kochać aż do obrzydzenia. To gorzkość. Utwór. Nie...

czwartek, 14 listopada 2013

14.11.13

Jest zimno. Naprawdę zimno. Czasami mam wrażenie, że nie można nic zrobić, by nie usłyszeć skrzypienia własnych kości, kiedy zamarznięte ocierają się o przymrożoną do nich skórę. Nie dziwię się, nadchodzi przecież zima. Pora roku tak magiczna, jak żadna inna. Tylko jeszcze wczoraj przecież drzewa miały rdzawe liście, a ja zbierałam każdy z nich swoim wzrokiem. Teraz gałęzie są gołe, może trochę jeszcze tli się w nich ciepła, ale ono zaraz również wyparuje, by zrobić miejsce na znikające powoli wspomnienia. Często widzę na nich siedzącego ptaka, który wygląda zupełnie tak, jakby jakiś liść zapomniał się, i jeszcze trwał na gałęzi przyczepiony, może przylepiony na naszej własnej lepkiej ślinie. Powoli przestaje słyszeć szum liści, kiedy szybkim krokiem idę rano do szkoły, i kiedy wracam z niej już wolniej, krokiem opanowanym - powoli nie słyszę nic, jedynie stukanie podeszwy butów. Widziałam natomiast mnóstwo worków, w które ktoś schwytał te nieszczęsne liści i pozwala im tam gnić. Najchętniej podeszłabym i wszystkie te worki rozerwała własnymi zębami, a następnie rozsypała więźniów ponownie po całej powierzchni naszej kochanej Ziemi. Niech ją ocieplają. Niestety opanowałam się.
Kaloryfery nadal są skręcone, a ja wciąż powtarzam te same czynności dzień  dzień, dodając do nich jednak coraz więcej przymuszonego optymizmu, by wydawały się przyjemniejsze. Może trochę za bardzo na siłę próbuje naprawić każdą skruszoną myśl, może za bardzo staram się rozbudzić to ciepełko w sobie. Może... Dzisiaj znalazłam stare kartki ze swojego najwcześniejszego pamiętnika, którego pisałam w wakacje tuż po skończeniu podstawówki. Przeczytałam każde słowo, przeniosłam się znowu w tamte czasy, wspomnienia ponownie wryły się głęboko w mózg. Niby stare, ale po odczytaniu każdego słowa na nowo - jakże świeże i głośne. Nie wszystkie miłe, ale to był zdecydowanie najprzyjemniejszy okres w moim życiu. Dlatego każdą kartkę skrupulatnie zmięłam i wyrzuciłam do kosza. Niech odejdą, niechciane. Gdybym chciała, zjadłabym każdą zapisaną kartkę pismem dziecięcym, żując każdy kawałek po sześćdziesiąt razy i połykając. Ale nie zrobiłam tego, te wspomnienia nie są wartę późniejszego bólu brzucha, a później niestrawności. Jeszcze może kiedyś do nich wrócę. Nie ważne jak.
Codziennie rano, budząc się z nieprzyjemnych snów, strzepując senny pyłek ze swych włosów, z całego swojego ciała, wyglądam za okno z nadzieją, że zobaczę śnieg. Albo przynajmniej twarz, którą pokochałam, choć nigdy jej nie widziałam. Każdego dnia, kiedy rozpoczynam go uświadomieniem sobie, że znowu oddycham zimnym powietrzem, staram się zrobić pierwszy mocny krok. To musi być mocny krok, bo tylko taki gwarantuje mi nierozlecenie się. A to ważne.

"(...) przesypiam to, co ważne i wstaję na końcu. Gnam bez celu przez to zapleśniałe miasto do wczesnych godzin rannych, jakbym chciał na coś zdążyć. Potem już tylko zasypiam."
~Rafał Puttkammer "Nasze życie jest o traceniu"

To zabawne. Bo chyba gnam tak tylko po to, by zasnąć. By móc spokojnie zasnąć po zmęczeniu. Inaczej myśli dręczyłyby mnie całą noc, a tak przynajmniej padam jak mucha... Potem to już tylko przeżyć w śnie i jeszcze potem tylko w życiu, i tak w kółko. 

sobota, 9 listopada 2013

09.11.13

Ile bym dała, by ten dzień wrócił. Bo był magiczny. Dzień Wszystkich Świętych, kiedy wszyscy wyglądają na obłudników, bo pędzą na groby tylko po to, bo tak trzeba, bo dawno ich tam nie było. Jednak ten dzień był magiczny, pełen moich wewnętrznych ochów i achów. Wewnętrznych, bo dziwnym by było, gdybym tak wprost zachwycała się w tym dniu. Mimo wszystko wczesnym rankiem już jechałam na pierwszy z cmentarzy. I dzięki temu widziałam po raz pierwszy, od tak dawna, wschód Słońca. Pomarańczowy, rudy, czerwony, czarny... Połowa słoneczka, druga zaś odbijała się jak w morzu, i to chyba było morze, bo Słońce nie wyłaniało się z horyzontu, tylko tak, jakby wisiało już na niebie. Zrozpaczone, tak właśnie wyglądało. Na zrozpaczone. Piękne domy i kilkoro dziwnych ludzi. Drewniany kościół, który liczy sobie sporo lat, a ja za każdym razem, kiedy tam jestem, zastanawiam się kiedy zastanę po nim jedynie zgliszcza. Do tej pory jeszcze stoi i być może stać będzie aż do mojej śmierci. Las i jego ogołocone drzewa - już nie tak piękny bo łysy. Gdyby coś tam było - byłoby to widać, bo już nie zasłaniałyby go liście, krzaki czy cienie... Nie ma się za czym schować, już nie jest tak magicznie jak jeszcze chwilę temu, kiedy jesień była w sile. Teraz jest po prostu smutno, za smutno niestety. Szkielety szklarni, pani pozwalająca starcu jeść swoje wnętrzności i jeden najważniejszy moment..... Koło lasu, na łące była dziewczyna z kręconymi włosami. Ubrana w białą suknie, cienką, delikatną, długą bardzo długą. Tańczyła, a ludzie, którzy mieli kończyny i połowę twarzy czyjegoś leśnego zwierzęcia, patrzyli urzeczeni, zakochani w melodii, jaką grał chłopiec stojący tuż obok. Długie do pasa blond włosy spiął liśćmi, a ubrał się jakby żył w średniowieczu. Grał na skrzypcach. Słońce i Księżyc patrzyli razem na to na niebie. Naprawdę było pięknie...
Nie jem. Nie potrafię wmusić w siebie nic, bo nic mi nie smakuje. Zupełnie nic. Jestem napchana całą tą rzeczywistością, że nie starcza miejsca na przyjemności. Ptasie Mleczko ukryte, zakurzone, pianka staje się zielona - spleśniała. Patrze sobie na to i śmieje się. Nie, to nie jest radosny śmiech. Zażenowana, zrozpaczenia, zrezygnowania. Boli mnie głowa. I znowu mam dziwne sny. Spałam prawie 12 godzin, a mimo to jestem cholernie zmęczona. Jakbym nie spała tydzień, może nawet więcej choć to absurdalne. Irytujący, wstrętni, ludzie.

"Postanowiłem zostać w łóżku do południa.
Może do tego czasu szlag trafi połowę świata i życie będzie o połowę lżejsze."
~ Charles Bukowski

Nie trafił. Nie jest.

wtorek, 29 października 2013

29.10.13

Jacob chyba choruje. Wygląda źle, boje się, że usycha, że zaraz on również mnie opuści. Już z nim nie rozmawiam, to może przez to. Albo przez to, że czasami nie potrafię na niego nawet spojrzeć. Nie wiem. Luna również jest ostatnio smutna. I tak jak w przypadku J. nie wiem jak jej pomóc. Jest piękna. Ona jest piękna, piękna, piękna. O nietypowej urodzie, nie istnieje... Nie-istnieje. Ukryłam się pomiędzy popękanymi deskami, i bez mrugnięcia okiem wbiłam drzazgę prosto w skrzydła ćmy. Nie wybaczy mi tego, ale wtedy chciałam tylko zabić ją i wrzucić do swojej drewnianej skrzyneczki. Na pamiątkę.
Wsiadł do autobusu dwa przystanki po mnie. Schorowany, kurczowo trzymający siatkę i uchwyt. Nikt nie chciał zrobić mu miejsca, dopiero pani wysiadająca ustąpiła, a kiedy siadł z jego ust wydobył się obłok pary. Wydzielał z nich mgłę. Wtedy była to mgła ulgi. Miał zmechacony sweter, wełniane szare skarpetki, stare spodnie. Dziadziuś. Miał bardzo pomarszczoną twarz. Twarz pełną bruzd. A jego oczy przepełnione były najczystszym smutkiem, jaki kiedykolwiek widziałam. Zmęczone oczy, oczy, po których można szybko stwierdzić, że wiele widziały i równie często płakały. I właśnie od tego lewego oka ciągnęła się niezwykła bruzda. Głęboka i cienka, wyglądająca jak wyżarty w skórze ślad łzy. Tej jednej, konkretnej. To takie niesamowite... Na jego palcu lśniła stara obrączka. Nieśmiało wkradły mi się myśli, że ta bruzda powstała od łzy wylanej tuż po stracie swojej żony. Najsilniejsza łza. Z najsilniejszym i najczystszym smutkiem. Wylana po utraceniu całości siebie. Patrzyłam się na niego z początku nieśmiało, ukradkiem. Ale byłam tak zaabsorbowana, że szybko zaczęłam patrzeć się po prostu bezczelnie, wprost. I on również na mnie spojrzał. I tak patrzyliśmy się na siebie kilka sekund. Poczułam, że dzieli się ze mną rąbkiem swojej smutnej historii, i przelewa w moją stronę trochę swojego smutku. Nie uraziło mnie to. Odwróciłam wzrok, bo nie byłam wstanie podtrzymywać tego spojrzenia i nie mieć łez w oczach. A nie byłam sama. Wokoło pełno ludzi. To żadna przyjemność płakać przy publiczności...
 

"Wargi zbyt zziębnięte
Żeby paplać - 
Wiatr jesienny."

poniedziałek, 28 października 2013

28.10.13

Stare kartki, pachnące kurzem i czymś ulotnym, delikatnym, trwającym już tyle wieków... Na spoconych palcach przykleja się kurz, a jego drobinki wyżerają paznokcie. Toczymy ze sobą walkę, uśmiechnięci, zawładnięci, pełni nadziei. Mimo wszystko. Powieki się zamykają, zmuszają oczy do nie patrzenia. Przytuliłam cię leciutko, ale potrzebowałam poczuć cię tak naprawdę w swoich ramionach. Poczuć, że naprawdę jesteś. Więc uścisk stał się mocniejszy. Pamiętam cię. Chciałam cię też pocałować, ale powstrzymałam się, pocierając wargami w twoje ramie otoczone materiałem. Chciałam wyszeptać ci swoje uczucia, ale tego też nie zrobiłam. Ograniczyłam się do szeptania w myślach, do swoich wyznań nie wypowiedzianych, zatrzaśniętych we mnie. Zaszyłam swoje usta czarnymi szwami. Patrzyłeś z obrzydzeniem, już brałeś do rąk pęsetę, by wyrwać je brutalnie, ale uciekłam. Zerwałam łańcuszek, zerwałam serce włożone w tą łezkę wiszącą na nim. Ale ty nawet za mną nie zawołałeś. Z kącików twoich warg płynie stróżka krwi, boję się podejść i zetrzeć ją swoją skórą. Przestałam kochać, przepraszam... Teraz każdy dzień napędzany jest stresem, dopiero potem pozwalam sobie na głębszy oddech. Z czasem znowu nie będę pozwalała płynąć łzą, a to, co wycieknie, będzie pełne radości. Tylko jeszcze nie teraz.

Pisałam list, w którym zaczęłam opisywać pewne zdarzenia. Był pełen próśb, pełen smutnych słów, pełen radosnych słów, i pełen niemych słów. Stałeś i patrzyłeś. Potem podszedłeś, ale nie czytałeś. wiedziałeś, że nie możesz tego zrobić. Wróbelek usiadł na parapecie, chwilę temu otworzyłam okno. Kochamy świeże powietrze w pomieszczeniu, gdzie ciała się elektryzują. Przysiadł na parapecie, tuż za mną. I patrzył. Z główką przekrzywioną na bok. Patrzył. Delikatnie gładziłeś moje włosy. Ale tylko ciebie pocałowałam, ledwie dotykając twoich warg. Nie chciałam niszczyć tego, co było między nami.
Malutkie drobinki leśne podskakują pomiędzy drzewami. Małe ognisko pośrodku lasu, a wokół niego bawiące się elfy... Spojrzenia mają złe. Ich czyny są jeszcze gorsze, mimo to jestem skłonna zaufać im najbardziej na świecie.

wtorek, 22 października 2013

22.10.13

Przeklęte dni i przeklęte noce. Nie potrafię normalnie porozmawiać, bo gubiąc słowa, gubię również siebie. Gdybym usiadła, spokojna senna tak bardzo, otwarta na rozmowy - byłby to cud. Cud wymowny, a wystrzępione rozmowy takie nieczyste, zabrudzone. Stąd te białe rękawiczki na moich dłoniach. Nie rozmawiając z tobą nie narażam się na wypowiedzenie słów, których potem bym żałowała. Nigdy nie byłam dobra w dobieraniu ich tak, by potem nie pastwić się nad sobą, nie mieć do siebie wyrzutów sumienia, że postąpiłam tak a nie inaczej. Że powiedziałam coś tak, coś takiego w emocjach, niepotrzebne słowa trzeba zachować dla siebie, cała reszta rozwinie się sama. Bełkot osoby, która jest na silnych środkach przeciwbólowych, która wpuściła w żyły brud i ten brud teraz panoszy się w całym organizmie. Na moje własne życzenie ty umierasz, a ja przyglądam się temu ze śmiechem. I myślę; dobrze ci tak.
Szyjesz moją suknie. Naprawiasz ją swoimi poranionymi palcami. Opuszki palców stały się grubsze, skóra stała się szorstka, pozbawiona delikatności jaką miała od narodzin, pęka, krwawi. Ropa sącząca się z ran brudzi suknie, miesza się z krwią i jest jeszcze gorzej, niż było. Nie obwiniam cię, ja rozumiem. Zdziwiłbyś się, ile jestem w stanie zrozumieć i ile nie. Naprawiasz moją suknie. Bo ja tego nie potrafię, szycie jest dla mnie czymś odprężającym, ale nie w obliczu tak delikatnego materiału. Tak pięknego. Nie. Z rozczarowaniem smarujesz swoje zęby oliwą, zażywasz tran w kapsułkach i modlisz się, by to coś dało, by żadna choroba cię nie dosięgła. Drapiesz swoje plecy dzień za dniem coraz mocniej, coraz bardziej. Twoje plecy są całe w strupach, a blizny które są tam, gdzie powinny być skrzydła ociekają zgniłym mięsem. Zrób coś z tym, bo będzie coraz gorzej. Nie może być coraz gorzej, przecież nie chcesz tego. Nie wkładaj w swoje oczy soczewek, pozwól im oddychać, być wolnym. Pozbawiasz wolności oczu, w zamian za dobry wzrok. Po co chcesz wyraźniej widzieć otaczający cię świat i ludzi? Nie przyda ci się to, a tylko doprowadzi do stanu melancholii i smutku tak wielkiego, że mnie znienawidzisz. Nie nienawidź mnie. Nie pozwalam. W każdej chwili ludzie napawają się obrzydzeniem. Po co zadajecie sobie pytania, na które i tak wiecie, że nigdy nie znajdziecie odpowiedzi? Do tego dochodzi jeszcze to, że was, ludzi, nie da się kochać. Próbowałam. Nie da się. Bolą mnie ręce. Ręce. Mam ręce starszej pani. Babci, staruszki, z rękami zmarszczonymi, z żyłami mocno odznaczonymi na niegdyś gładkiej skórze. Żyły ciemne, jakby płynął w nich jakiś ciemny płyn, a może po prostu te żyły już nie żyją, nie płynie w nich nic, krew w nich zakrzepła, a one same są jak konary martwego drzewa... Drżą. Moje ręce starszej pani drżą, nie wiem jak powstrzymać to drżenie, chociaż jeszcze kiedyś było spowodowane nadmierną ilością kofeiny, albo stresem związanym z uderzeniem mnie przez ojca w twarz. Kryj się. Przecież ucieczka to najlepsze, co możemy teraz zrobić. Naprawdę bardzo się boję...

~*~*~*~*~

Nie znamy się. Już nigdy się nie poznamy, bo umarłeś. Mimo tej naszej łączącej nas nieznajomości dostałam w twarz. Samobójstwo to... Ja po prostu mam nadzieje, że jesteś teraz tam, gdzie Ci lepiej, gdzie już tak wszystko Cię nie dotyka, gdzie już się tak nie przejmujesz. Nieznajomość, ale po przeczytaniu tej jakże smutnej informacji zapłakałam. W brzuchu spadł kamień ciągnąc mnie na samo dno morza naszych łez. Poświęciłam Ci kilkanaście łez, mam nadzieje, że Cię jakoś obmyły. Były szczere i przepełnione smutkiem. Dziwne uczucie, kiedy uświadamiam sobie, że już nigdy nie przeczytam Twoich słów. Nieznajomi. Nieznajomy. Naprawdę tak mi przykro... 

wtorek, 24 września 2013

24.09.13

Studiowaliśmy razem, powiedziała z rozmarzeniem, z leniwym uśmieszkiem, z oczami przed którymi rozgrywa się właśnie jakieś miłe wspomnienie. Nie zmienia to faktu, że jej nienawidzę, że jest dla mnie karłowatym stworem. A inna... Jej mąż umarł, to chyba najbardziej mnie zdziwiło. Próbowałam dojrzeć obrączkę, ale ściągnęła. Albo została przykryta pod tymi wszystkimi innymi pierścieniami; dużymi i małymi, jedne na drugich. Może schowała ją w bezpieczne miejsce zamykając swoją żałobę. Jej bransoletki brzdękają przy każdym gwałtownym ruchu rąk, ale cichutko odzywają się przy delikatnym muśnięciu dłoni. Każdemu ruchowi tej kobiety towarzyszy jakiś dźwięk. Jakby chciała zostać zauważona,
jakby tym wszystkim chciała wykrzyczeć: Mimo tej ogromnej straty, nadal jestem silnym człowiekiem. Sprawia wrażenie zimnej, ostrej, starej jędzy. Jej oczy błyszczą jak onyks. To prawda - jest to kobieta z charakterem, niewątpliwie, ale cóż to za niebywały człowiek... Nie uwierzyłbyś, gdybyś nie miał okazji jej poznać. Nie. Chce wyssać z nas to, co najlepsze, ale nie po to, by zabrać to dla siebie, a po to, by pokazać nam, że mamy coś takiego w sobie. Tylko ukryte, nie potrafiące się same wyciągnąć. A ona jest po to, by nam w tym pomóc. Nie jedz siebie. Nie planuj. Czarno-czerwone ściany, łóżko z baldachimem, okno z szerokim parapetem w wewnątrz, wyściełany poduszkami, by było wygodnie. I on w tym łóżku z baldachimem, pośród czarno-czerwonych ścian i takich samych mebli. Będziesz to miała. To a nawet więcej. I dobrą prace, wywalczoną Twoim talentem. Codziennie będziesz jadła te słodycze, które tak lubisz i do tego te zapiekanki, na które staramy się chodzić co tydzień. Będziesz malowała obrazy, a ktoś zawsze będzie je od Ciebie kupował. Po każdym takim skończonym obrazie będziesz smutna bardziej niż zwykle, bo będziesz oddawała cząstkę siebie. I właśnie by nie zniknąć, będziesz musiała te brakujące cząstki odbudowywać. W jego ramionach, z jego pocałunkami. Z jego głosem rozbrzmiewającym w Twojej głowie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto nie będzie nas rozumiał. Ale to nie jest najgorsze. Patrze przez okno. Nie teraz, nie w tym momencie. Wiele bym nie zauważyła. Bo ciemno. A raczej sporo, tylko że nie to, co siedzi mi w głowie. A w głowie siedzi mi pewne drzewo, które przecież jeszcze przed chwilą miało zielone liście! Wiele zielonych liści uśmiechających się do nas, ludzi. Teraz wszystkie pożółkły, dojrzysz nawet pomarańczowe, rude jak to mówią. I to wszystko wygląda tak, jakby się paliło. To tak, jakby to drzewo właśnie uświadomiło sobie, że tak naprawdę jest w piekle (czyt. świat). Chciałabym pojechać nad morze. Towarzyszyłoby mi właśnie to drzewo, które uprzednio bym wyrwała. Delikatnie, ale dla jego dobra. Co prawda przed jesienią go nie uchronię, ale niech żyje ze mną w jakimś domku niedaleko plaży, niedaleko tego wszystkiego. Niech starzeje się razem ze mną. Będę zbierała każdy jego liść, który odpadł. Każdy. I zrobię Ci z nich naszyjnik, zrobię też wianek. Może nawet uda mi się zrobić z nich serce, może nawet ułożę z nich napis Kocham Cię. Może nawet wszyscy pogodzimy się ze wszystkimi. I może nawet wyznasz mi, jak bardzo mnie kochasz tuż przed tym, jak od ciebie odejdę. Tak mi się zdaje, że wszystko może się zdarzyć. Szklanka zabiera mi odciski mych linii papilarnych. Nie staje się przez to ładniejsza, wręcz przeciwnie. Jest prawie pusta, zakurzona. Nie karz mi tego pić. Chciałabym rzucić nią o podłogę, ale nie należy do mnie. Widziałam larwy wysuwające się z twych pustych już oczodołów. Pełzły ku mnie, jakby chciałby wyżreć teraz i moje oczy. Jakby chciały zjeść cały mój język i jeszcze wy żerować na płucach. Słyszałam ich cichutkie piski, nie wiem, czy larwy piszczą, pewnie nie, ale te wydawały takie dźwięki. I miałam wrażenie, że te piski to ich śmiechy, szaleństwo uchodzące z ich otworów. Były ucieszone, że mogą wreszcie się do mnie dostać. Bo nie wiem czy wiesz, ale odganiałam je już dobrych parę lat. To taki dość częsty widok zakłócający spokój normalnego porządku dnia. Pumeksem trę sobie gałki oczne i nadgarstek. Jak myślisz, co bardziej boli?