wtorek, 29 października 2013

29.10.13

Jacob chyba choruje. Wygląda źle, boje się, że usycha, że zaraz on również mnie opuści. Już z nim nie rozmawiam, to może przez to. Albo przez to, że czasami nie potrafię na niego nawet spojrzeć. Nie wiem. Luna również jest ostatnio smutna. I tak jak w przypadku J. nie wiem jak jej pomóc. Jest piękna. Ona jest piękna, piękna, piękna. O nietypowej urodzie, nie istnieje... Nie-istnieje. Ukryłam się pomiędzy popękanymi deskami, i bez mrugnięcia okiem wbiłam drzazgę prosto w skrzydła ćmy. Nie wybaczy mi tego, ale wtedy chciałam tylko zabić ją i wrzucić do swojej drewnianej skrzyneczki. Na pamiątkę.
Wsiadł do autobusu dwa przystanki po mnie. Schorowany, kurczowo trzymający siatkę i uchwyt. Nikt nie chciał zrobić mu miejsca, dopiero pani wysiadająca ustąpiła, a kiedy siadł z jego ust wydobył się obłok pary. Wydzielał z nich mgłę. Wtedy była to mgła ulgi. Miał zmechacony sweter, wełniane szare skarpetki, stare spodnie. Dziadziuś. Miał bardzo pomarszczoną twarz. Twarz pełną bruzd. A jego oczy przepełnione były najczystszym smutkiem, jaki kiedykolwiek widziałam. Zmęczone oczy, oczy, po których można szybko stwierdzić, że wiele widziały i równie często płakały. I właśnie od tego lewego oka ciągnęła się niezwykła bruzda. Głęboka i cienka, wyglądająca jak wyżarty w skórze ślad łzy. Tej jednej, konkretnej. To takie niesamowite... Na jego palcu lśniła stara obrączka. Nieśmiało wkradły mi się myśli, że ta bruzda powstała od łzy wylanej tuż po stracie swojej żony. Najsilniejsza łza. Z najsilniejszym i najczystszym smutkiem. Wylana po utraceniu całości siebie. Patrzyłam się na niego z początku nieśmiało, ukradkiem. Ale byłam tak zaabsorbowana, że szybko zaczęłam patrzeć się po prostu bezczelnie, wprost. I on również na mnie spojrzał. I tak patrzyliśmy się na siebie kilka sekund. Poczułam, że dzieli się ze mną rąbkiem swojej smutnej historii, i przelewa w moją stronę trochę swojego smutku. Nie uraziło mnie to. Odwróciłam wzrok, bo nie byłam wstanie podtrzymywać tego spojrzenia i nie mieć łez w oczach. A nie byłam sama. Wokoło pełno ludzi. To żadna przyjemność płakać przy publiczności...
 

"Wargi zbyt zziębnięte
Żeby paplać - 
Wiatr jesienny."

poniedziałek, 28 października 2013

28.10.13

Stare kartki, pachnące kurzem i czymś ulotnym, delikatnym, trwającym już tyle wieków... Na spoconych palcach przykleja się kurz, a jego drobinki wyżerają paznokcie. Toczymy ze sobą walkę, uśmiechnięci, zawładnięci, pełni nadziei. Mimo wszystko. Powieki się zamykają, zmuszają oczy do nie patrzenia. Przytuliłam cię leciutko, ale potrzebowałam poczuć cię tak naprawdę w swoich ramionach. Poczuć, że naprawdę jesteś. Więc uścisk stał się mocniejszy. Pamiętam cię. Chciałam cię też pocałować, ale powstrzymałam się, pocierając wargami w twoje ramie otoczone materiałem. Chciałam wyszeptać ci swoje uczucia, ale tego też nie zrobiłam. Ograniczyłam się do szeptania w myślach, do swoich wyznań nie wypowiedzianych, zatrzaśniętych we mnie. Zaszyłam swoje usta czarnymi szwami. Patrzyłeś z obrzydzeniem, już brałeś do rąk pęsetę, by wyrwać je brutalnie, ale uciekłam. Zerwałam łańcuszek, zerwałam serce włożone w tą łezkę wiszącą na nim. Ale ty nawet za mną nie zawołałeś. Z kącików twoich warg płynie stróżka krwi, boję się podejść i zetrzeć ją swoją skórą. Przestałam kochać, przepraszam... Teraz każdy dzień napędzany jest stresem, dopiero potem pozwalam sobie na głębszy oddech. Z czasem znowu nie będę pozwalała płynąć łzą, a to, co wycieknie, będzie pełne radości. Tylko jeszcze nie teraz.

Pisałam list, w którym zaczęłam opisywać pewne zdarzenia. Był pełen próśb, pełen smutnych słów, pełen radosnych słów, i pełen niemych słów. Stałeś i patrzyłeś. Potem podszedłeś, ale nie czytałeś. wiedziałeś, że nie możesz tego zrobić. Wróbelek usiadł na parapecie, chwilę temu otworzyłam okno. Kochamy świeże powietrze w pomieszczeniu, gdzie ciała się elektryzują. Przysiadł na parapecie, tuż za mną. I patrzył. Z główką przekrzywioną na bok. Patrzył. Delikatnie gładziłeś moje włosy. Ale tylko ciebie pocałowałam, ledwie dotykając twoich warg. Nie chciałam niszczyć tego, co było między nami.
Malutkie drobinki leśne podskakują pomiędzy drzewami. Małe ognisko pośrodku lasu, a wokół niego bawiące się elfy... Spojrzenia mają złe. Ich czyny są jeszcze gorsze, mimo to jestem skłonna zaufać im najbardziej na świecie.

wtorek, 22 października 2013

22.10.13

Przeklęte dni i przeklęte noce. Nie potrafię normalnie porozmawiać, bo gubiąc słowa, gubię również siebie. Gdybym usiadła, spokojna senna tak bardzo, otwarta na rozmowy - byłby to cud. Cud wymowny, a wystrzępione rozmowy takie nieczyste, zabrudzone. Stąd te białe rękawiczki na moich dłoniach. Nie rozmawiając z tobą nie narażam się na wypowiedzenie słów, których potem bym żałowała. Nigdy nie byłam dobra w dobieraniu ich tak, by potem nie pastwić się nad sobą, nie mieć do siebie wyrzutów sumienia, że postąpiłam tak a nie inaczej. Że powiedziałam coś tak, coś takiego w emocjach, niepotrzebne słowa trzeba zachować dla siebie, cała reszta rozwinie się sama. Bełkot osoby, która jest na silnych środkach przeciwbólowych, która wpuściła w żyły brud i ten brud teraz panoszy się w całym organizmie. Na moje własne życzenie ty umierasz, a ja przyglądam się temu ze śmiechem. I myślę; dobrze ci tak.
Szyjesz moją suknie. Naprawiasz ją swoimi poranionymi palcami. Opuszki palców stały się grubsze, skóra stała się szorstka, pozbawiona delikatności jaką miała od narodzin, pęka, krwawi. Ropa sącząca się z ran brudzi suknie, miesza się z krwią i jest jeszcze gorzej, niż było. Nie obwiniam cię, ja rozumiem. Zdziwiłbyś się, ile jestem w stanie zrozumieć i ile nie. Naprawiasz moją suknie. Bo ja tego nie potrafię, szycie jest dla mnie czymś odprężającym, ale nie w obliczu tak delikatnego materiału. Tak pięknego. Nie. Z rozczarowaniem smarujesz swoje zęby oliwą, zażywasz tran w kapsułkach i modlisz się, by to coś dało, by żadna choroba cię nie dosięgła. Drapiesz swoje plecy dzień za dniem coraz mocniej, coraz bardziej. Twoje plecy są całe w strupach, a blizny które są tam, gdzie powinny być skrzydła ociekają zgniłym mięsem. Zrób coś z tym, bo będzie coraz gorzej. Nie może być coraz gorzej, przecież nie chcesz tego. Nie wkładaj w swoje oczy soczewek, pozwól im oddychać, być wolnym. Pozbawiasz wolności oczu, w zamian za dobry wzrok. Po co chcesz wyraźniej widzieć otaczający cię świat i ludzi? Nie przyda ci się to, a tylko doprowadzi do stanu melancholii i smutku tak wielkiego, że mnie znienawidzisz. Nie nienawidź mnie. Nie pozwalam. W każdej chwili ludzie napawają się obrzydzeniem. Po co zadajecie sobie pytania, na które i tak wiecie, że nigdy nie znajdziecie odpowiedzi? Do tego dochodzi jeszcze to, że was, ludzi, nie da się kochać. Próbowałam. Nie da się. Bolą mnie ręce. Ręce. Mam ręce starszej pani. Babci, staruszki, z rękami zmarszczonymi, z żyłami mocno odznaczonymi na niegdyś gładkiej skórze. Żyły ciemne, jakby płynął w nich jakiś ciemny płyn, a może po prostu te żyły już nie żyją, nie płynie w nich nic, krew w nich zakrzepła, a one same są jak konary martwego drzewa... Drżą. Moje ręce starszej pani drżą, nie wiem jak powstrzymać to drżenie, chociaż jeszcze kiedyś było spowodowane nadmierną ilością kofeiny, albo stresem związanym z uderzeniem mnie przez ojca w twarz. Kryj się. Przecież ucieczka to najlepsze, co możemy teraz zrobić. Naprawdę bardzo się boję...

~*~*~*~*~

Nie znamy się. Już nigdy się nie poznamy, bo umarłeś. Mimo tej naszej łączącej nas nieznajomości dostałam w twarz. Samobójstwo to... Ja po prostu mam nadzieje, że jesteś teraz tam, gdzie Ci lepiej, gdzie już tak wszystko Cię nie dotyka, gdzie już się tak nie przejmujesz. Nieznajomość, ale po przeczytaniu tej jakże smutnej informacji zapłakałam. W brzuchu spadł kamień ciągnąc mnie na samo dno morza naszych łez. Poświęciłam Ci kilkanaście łez, mam nadzieje, że Cię jakoś obmyły. Były szczere i przepełnione smutkiem. Dziwne uczucie, kiedy uświadamiam sobie, że już nigdy nie przeczytam Twoich słów. Nieznajomi. Nieznajomy. Naprawdę tak mi przykro... 

wtorek, 24 września 2013

24.09.13

Studiowaliśmy razem, powiedziała z rozmarzeniem, z leniwym uśmieszkiem, z oczami przed którymi rozgrywa się właśnie jakieś miłe wspomnienie. Nie zmienia to faktu, że jej nienawidzę, że jest dla mnie karłowatym stworem. A inna... Jej mąż umarł, to chyba najbardziej mnie zdziwiło. Próbowałam dojrzeć obrączkę, ale ściągnęła. Albo została przykryta pod tymi wszystkimi innymi pierścieniami; dużymi i małymi, jedne na drugich. Może schowała ją w bezpieczne miejsce zamykając swoją żałobę. Jej bransoletki brzdękają przy każdym gwałtownym ruchu rąk, ale cichutko odzywają się przy delikatnym muśnięciu dłoni. Każdemu ruchowi tej kobiety towarzyszy jakiś dźwięk. Jakby chciała zostać zauważona,
jakby tym wszystkim chciała wykrzyczeć: Mimo tej ogromnej straty, nadal jestem silnym człowiekiem. Sprawia wrażenie zimnej, ostrej, starej jędzy. Jej oczy błyszczą jak onyks. To prawda - jest to kobieta z charakterem, niewątpliwie, ale cóż to za niebywały człowiek... Nie uwierzyłbyś, gdybyś nie miał okazji jej poznać. Nie. Chce wyssać z nas to, co najlepsze, ale nie po to, by zabrać to dla siebie, a po to, by pokazać nam, że mamy coś takiego w sobie. Tylko ukryte, nie potrafiące się same wyciągnąć. A ona jest po to, by nam w tym pomóc. Nie jedz siebie. Nie planuj. Czarno-czerwone ściany, łóżko z baldachimem, okno z szerokim parapetem w wewnątrz, wyściełany poduszkami, by było wygodnie. I on w tym łóżku z baldachimem, pośród czarno-czerwonych ścian i takich samych mebli. Będziesz to miała. To a nawet więcej. I dobrą prace, wywalczoną Twoim talentem. Codziennie będziesz jadła te słodycze, które tak lubisz i do tego te zapiekanki, na które staramy się chodzić co tydzień. Będziesz malowała obrazy, a ktoś zawsze będzie je od Ciebie kupował. Po każdym takim skończonym obrazie będziesz smutna bardziej niż zwykle, bo będziesz oddawała cząstkę siebie. I właśnie by nie zniknąć, będziesz musiała te brakujące cząstki odbudowywać. W jego ramionach, z jego pocałunkami. Z jego głosem rozbrzmiewającym w Twojej głowie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto nie będzie nas rozumiał. Ale to nie jest najgorsze. Patrze przez okno. Nie teraz, nie w tym momencie. Wiele bym nie zauważyła. Bo ciemno. A raczej sporo, tylko że nie to, co siedzi mi w głowie. A w głowie siedzi mi pewne drzewo, które przecież jeszcze przed chwilą miało zielone liście! Wiele zielonych liści uśmiechających się do nas, ludzi. Teraz wszystkie pożółkły, dojrzysz nawet pomarańczowe, rude jak to mówią. I to wszystko wygląda tak, jakby się paliło. To tak, jakby to drzewo właśnie uświadomiło sobie, że tak naprawdę jest w piekle (czyt. świat). Chciałabym pojechać nad morze. Towarzyszyłoby mi właśnie to drzewo, które uprzednio bym wyrwała. Delikatnie, ale dla jego dobra. Co prawda przed jesienią go nie uchronię, ale niech żyje ze mną w jakimś domku niedaleko plaży, niedaleko tego wszystkiego. Niech starzeje się razem ze mną. Będę zbierała każdy jego liść, który odpadł. Każdy. I zrobię Ci z nich naszyjnik, zrobię też wianek. Może nawet uda mi się zrobić z nich serce, może nawet ułożę z nich napis Kocham Cię. Może nawet wszyscy pogodzimy się ze wszystkimi. I może nawet wyznasz mi, jak bardzo mnie kochasz tuż przed tym, jak od ciebie odejdę. Tak mi się zdaje, że wszystko może się zdarzyć. Szklanka zabiera mi odciski mych linii papilarnych. Nie staje się przez to ładniejsza, wręcz przeciwnie. Jest prawie pusta, zakurzona. Nie karz mi tego pić. Chciałabym rzucić nią o podłogę, ale nie należy do mnie. Widziałam larwy wysuwające się z twych pustych już oczodołów. Pełzły ku mnie, jakby chciałby wyżreć teraz i moje oczy. Jakby chciały zjeść cały mój język i jeszcze wy żerować na płucach. Słyszałam ich cichutkie piski, nie wiem, czy larwy piszczą, pewnie nie, ale te wydawały takie dźwięki. I miałam wrażenie, że te piski to ich śmiechy, szaleństwo uchodzące z ich otworów. Były ucieszone, że mogą wreszcie się do mnie dostać. Bo nie wiem czy wiesz, ale odganiałam je już dobrych parę lat. To taki dość częsty widok zakłócający spokój normalnego porządku dnia. Pumeksem trę sobie gałki oczne i nadgarstek. Jak myślisz, co bardziej boli?

sobota, 21 września 2013

21.09.13

Nie lubię, kiedy tak ze mną piszesz. Jakbyśmy wszyscy mieli przed sobą jakieś sekrety, a przecież tak nie powinno być, między dwoma bliskimi sobie ludźmi. Prawda? Od rana wtłaczam w swoje żyły muzykę i słowa zapisane kiedyś przez kogoś, niosące za sobą jakieś pouczenie. Chyba krzyczałam przez sen, to mogło się zdarzyć, bo pamiętam krzyk. Wyraźnie go pamiętam, jak rozbrzmiewał w mojej głowie, jak ociekał całym swym strachem, przerażeniem na jaki było go stać w tamtym momencie.
Myślę, że to nie dobrze. Potem patrzyłam na budzący się do życia dzień i nie spodobało mi się to, co widziałam. Ale tylko na początku. Bo potem było pięknie. Przeciągnęłam się jak kot, pozwoliłam sobie na całkowite rozluźnienie. Jak nie ja, więc muszę ci się pochwalić. Wyobrażałam sobie odcięte i wypchane watą głowy zwierząt, w których oczach jeszcze tliło się życie. Zamknięte w nich i nie mogące ulecieć dalej. Tak jak nakazuje logika. Logika... Zapomniałam, że przecież w moim świecie czegoś takiego nie ma. Przepraszam. Złożyłeś dwa pocałunki na moich zamkniętych powiekach. Delikatne dwa pocałunki. Dość długo wpatrywałam się w to, co jest za moim oknem i kiedy przeniosłam wzrok na wnętrze swojego pokoju aż gwałtownie zamrugałam. Wszystko było takie... pogodne, radosne, niosące za sobą spokój przez samo to, że było lekko obdarowane promieniami Słońca. Popatrz, coś tak pięknego na sam początek dnia, nie mogłam już prosić o nic lepszego. I nie prosiłam. Zamknęłam się i delektowałam tą chwilą, która wiem, że nie powtórzy się zbyt szybko. A ja zwyczajnie tęsknie za dawnymi chwilami, tymi miejscami, w których tak długo już mnie nie było. Za długo. Słyszę ich nawoływania, ale nie mogę na razie ich odwiedzić. Nie pozwalam sobie. Nie pozwalam sobie na rozmawianie, dlatego tak wiele myśli przepisuje na kartkę zeszytu albo tu. Bo nie mogę mówić. Nastała fala ciszy i niepokoju, a w tym wszystkim rośnie piękny kwiat, który nie usycha. Czasami brak mi powietrza i wtedy wiem, że na chwilę o mnie zapomniałeś. To jest tak, jakbym swoimi dłońmi wlazła w twą klatkę piersiową, wymacała bijące serce, które tuląc się do wnętrza moich dłoni krzyczało z rozkoszy, a ja w następnej chwili łamała je palcami, wkładając w to całą siłę. Czujesz jak łamie ci serce, czy już naprawdę jestem za taflą szkła? No właśnie. Tęsknie, tęsknie, tęsknie, tęsknie, tęsknie. To nienormalne, zwykłe nieporozumienie, bo nie powinnam, ja wiem. Przepraszam... Kakao zrobiło się zimne, a ja siedzę przy otwartym balkonie w bluzce z takim dekoltem, w jakim nigdy nie odważyłabym się nigdzie wyjść. To piękne wcięcie. Materiał otula moje piersi ale nie pozwala ich odsłonić. A ja zastanawiam się jaka makabra rozgrywa się w mojej głowie w każdą noc? Że kiedy wstaję nie czuje się jak u siebie, a jakbym była innym bytem. Gdybym mieszkała nad morzem od dzieciństwa i dzień w dzień przychodziła na plażę, to na pewno któraś z mew przyzwyczaiłaby się do mnie na tyle, by nie uciekać jeślibym się tylko zbliżyła. A po tej makabrze, kiedy budzę się, widzę, że kochana mewa na mój widok odlatuje, jak reszta. I już nie jest kochana, albo to ja nie jestem sobą. Więc to musi być makabra.
Na twoim miejscu nie zbliżałabym się do mnie. Nie warto, by następnie wyjść z posiniaczonym, zeżartym wręcz sercem. Jak widzisz - bez kija nie podchodź, ale z nim również nie. Bo jego też przegryzę jeśli moje szaleństwo osiągnie apogeum. Zabawimy się?

piątek, 20 września 2013

20.09.13

Wynoszę swoje ciało na taczce, na której kiedyś jakiś farmer przewoził słomę dla koni. Pachnie wsią, pachnie porzuconymi nadziejami na wyrwanie się z takiego życia i rozpoczęcie zupełnie nowego. Nie potrafię go zrozumieć. Moje palce u stóp zamarzły, a wizja domku na wsi w promieniach słonecznych zakłóca ich spokój. Wiszą na patyku. Nie słyszą trzasku, kiedy się łamie. Dreszcz przechodzi przez nasze ciało raz za razem, a my się z tego cieszymy. Bo myślimy, że powinniśmy.
Jestem tu. Tak tylko ci mówię. To tylko szeptanie do ucha. Takie małe, delikatne. To jak podmuch wiatru. Pocięcie wnętrzności, myśl tak nie dająca spokoju, tak rozpływająca się pod naciskiem opuszka palca. Zgniotłam twoje czułe słowa jednym gestem. Więc chyba nie były prawdziwe, zbyt mocne i coś znaczące. Nie chuchaj w moje oczy, bo kiedy zaparują nie zobaczę wściekłości, jaka wykrzywia twoją piękną twarz. Nie żałuj żadnej spędzonej ze mną chwili, bo oddałam ci coś, czego nigdy już nie odbiorę - siebie i czas. Powinniśmy doceniać takie gesty, taką ofiarę, siebie. Nie ma się czego wstydzić. To normalne, że rozmawiasz sam ze sobą. To normalne, że nikt ci wtedy nie odpowiada, bo odpowiedź od samego siebie się nie liczy, jest nie spójna, nie składna, tak obojętna i gorąca jak uderzenie spadającej rzęsy o policzek. Trzeba dostrzec to piękno, więc odwróć się i powiedz rzeczy za tobą, że jest piękna. I zobacz, że naprawdę jest. Jest piękna. Tak jak pusta, czyta i gładka kartka papieru. Jest piękna, tak nieskalana, przez nikogo, że aż piękna.
Co moglibyśmy o sobie powiedzieć, oprócz tego, że nie stanowimy słowa my bo nas już nie ma, a zostało tylko ja i ty. Oraz pomiędzy. Zamknij proszę oczy i policz żyłki swojej powieki. Jeśli ci się to uda, ja stanę przed tobą i zedrę przednimi zębami twoją dolną wargę. I wtedy już będziemy razem, bo będzie nam wolno. I to piękne. Bo to nie istnieje. Klej na malutkich kolorowych karteczkach, które pełnią funkcje myśli, której nie możesz zapomnieć, już nie wystarcza. Zapominam o wszystkim. O tobie, o dobrych chwilach. Może to przez to, że kartki odpadają, kurz osiada na wypisanych słowach, a ja ,cała zawinięta w łańcuch zielony od glonów, błądzę białymi tęczówkami po twych liniach papilarnych? Może nie chcesz mnie. To dziwne. Widzę przerażenie na twojej twarzy kiedy spadasz z klifu ale tuż przed nim próbujesz złapać się skały. Tylko że obciąłeś paznokcie do krwi i nie masz już czym się złapać, bo twoje palce zabrałam ja. Teraz możesz już zacząć się bać. Ja czekam na ciebie tam na dole. unoszę się w wodzie i czekam na twoje uderzenie. Potem siedzę otulona kocem w swoim łóżku. Obiema rękami otulam kubek z gorącą herbatą. Gdzieś koło mnie leży zamknięta książka. Słowa nie mogą z niej wyjść, nie pozwala im. Dlatego patrzę przez okno na gwiazdy, które ostatnimi czasy znowu witają mnie oczami całymi migoczącymi w twoim przełyku. Księżyc kiwa mi na powitanie. I znowu czuję ten ucisk w piersi, jakby ktoś na siłę założył mi gorset i ścisnął niemożliwie mocno. Moja talia pęka i wylewają się z niej cukierki. Moje ulubione. Ubrudzone błotem, z przyklejonymi kawałkami trawy. Nie podoba mi się to, co ze mną robisz.

sobota, 14 września 2013

14.09.13

Miło byłoby pocałować każdy swój oddech delikatnym muśnięciem warg. Ładnie byłoby uchwycić oczami całe piękno zawarte w sobie samym. Cudownie byłoby zaprzestać ciągłej kłótni toczącej się w własnym wnętrzu. Okropnie jest mieć tą pewność, że to tylko złudzenie. Trzeba być mądrym człowiekiem, bo inaczej nie zrozumie się siebie. Choć chyba to bzdura, bo nawet ludzie mądrzy siebie do końca nie rozumieją, ale są przynajmniej na lepszej drodze ku temu. A my? Ludzie prości, pospolici, szare myszki syczące na każdego w obawie o swój zdrowy rozsądek, ale mimo to poszukujące miłości, co my możemy o sobie powiedzieć? O tej drodze, która robi się coraz trudniejsza, coraz bardziej zawiła, coraz bardziej nie do przejścia? Piszcząc zamykamy się w sobie, boimy się rzeczywistości, tego co jest na zewnątrz, ale przechodzimy w ataki histerii, kiedy z kolei dają nam wybór zamknięcia się wewnątrz siebie. Bo w głębi wiemy, że to właśnie tego co jest w nas należy się obawiać, nie jedynie świata i tego, co nam może zaoferować.
Maksymalny wymiar kary dla człowieka to chyba nie móc być z osobą, którą kocha całą swoją częścią. A może się mylę? Powinniśmy uważać na to, co dzieje się w naszych głowach. Idą dni zimowe, straszne, czarne i krótkie dni pomieszane z jeszcze czarniejszymi, długimi bez końca nocami. Dzień staje się krótszy, bo noc przychodzi coraz szybciej, wpycha się swoimi butami w granice światła i unosi dumnie głowę, mówiąc w ten sposób, że teraz to ona panować będzie dłużej i osłabiać ludzi bardziej. Nie śpię. Zbyt długo nie śpię. I widzę, że jaśniej robi się dużo później, niż się do tego przyzwyczaiłam. I coraz dłużej boję się, że coś dzieje się nie tak, jak powinno. Pozwólmy sobie umrzeć, by w następnej kolejności krzyczeć o niesprawiedliwość. Jeszcze tylko jeden kubek kawy, jeszcze tylko pierwszy i ostatni kubek gorącej czekolady. Potem mogę zamknąć oczy i uśmiechnąć się leciutko, może nawet cichutko zaśmiać się na głos, może... Może spróbuję nie mrugać powiekami, nie dać oczom nawilżenia i doprowadzić do ich całkowitego wyschnięcia? Może zedrę wszystkie paznokcie, wszystkie i całe, ot tak by coś się działo? A może zwyczajnie nastawię budzik, tak na wszelki wypadek, położę się spać i będę śniła o czymś najwspanialszym? Gdyby to ode mnie zależało zjadłabym jeszcze tabliczkę czekolady i wtuliła się w czyjeś ramiona. Dostała całusa w czubek głowy. I namiętny pocałunek prosto w me spękane usta. Nie warto wbijać sobie długopisu prosto w oko. To będzie bolało. Kap, kap, kap...
Nie potrafimy już ze sobą rozmawiać. To, co teraz jest między nami jest żałosne. Wygląda jak kwiat, któremu odpadają jego płatki. Już prawie ich nie ma, a te, które jeszcze jakimś cudem się trzymają, są wyschnięte, zaczynają tracić swój blask. Tego chcieliście?
Zimno. Potwornie, zimno. Mam wrażenie, że nawet moje kości są pełne zamarzniętej wody, a sople okalają moje serce. Naprawdę jestem tym wszystkim cholernie zmęczona, a monotonia i stres jaki mi ciągle towarzyszy doprowadza mnie do szału. I twój głos również. Przestań gadać proszę, przestań. Chcę wejść do twojej sypialni w nocy i wyciąć ci język. Zamilcz proszę. Masz taki przepity głos, gówniane myśli. Jesteś głupcem. Zamilcz.