środa, 25 lutego 2015

25.02.15

Rozdzielam pasma włosów, rwę skórki robiąc maleńkie ranki. Patrzy przechylając głowę, jak maleńki ptaszek, jak sowa która obserwuje swoją ofiarę. Drapieżnik. Próbuje wmówić, że nim nie jest. Ucieka, gdy próbuję go dotknąć, by uświadomić samą siebie, że to nie kolejna iluzja.
Iluzja. Jak długo będzie trwało to nie-zrozumienie, nie-rozpatrzenie. Rozchwiane osobowości. I ten płomień, co podpala niebo w nocy, z gwiazd robi płonące bomby - koniec świata. A my tylko patrzymy, zaciskając dłonie w pięści, odbijając półksiężyce na wewnętrznej stronie naszej duszy - dlaczego? Potem te ślady krwawią, bo musimy poczuć, jak dusza rozrywa się w tych dręczonych miejscach. I to musi być krew, ta żywa i ciepła. Wywołująca przyjemne mdłości, ucisk w podbrzuszu - kiedy to zrozumiemy?
A kiedy chowamy się w samotnej chatce leśnej, bo wiemy, że On nas goni, i nie odpuści, a kiedy pochwyci - przeniesie swój szał na nasze ciała. Siniaki, uderzenia, czuję jak chwyta moją głowę w swoje mokre od podniecenia ręce i uderza nią o ściany tej ślicznej, ciemnej chatki, w której być może mieszka to wytęsknione Ciche Światło. Widzisz, jak potrzebujemy tej odrazy w sobie?

Jemy siebie nawzajem. Ubywa nas bardzo szybko, w nocy powoli dochodzimy do siebie, przybieramy postać mlecznego szkła. Posłuchaj tej baśni.


sobota, 21 lutego 2015

21.02.15

Upinasz moje włosy, ze śmiechem zastanawiasz się jak ujarzmić te loki, jak je dotknąć by się w nich całkiem nie zatopić. Kupiłeś mi koronkową czarną wstążkę, choć prosiłam, byś tego nie robił. Powiedziałeś, że zauważyłeś ją na targu staroci i już wtedy wiedziałeś, że będzie idealna. Teraz delikatnie rozkładasz ją na swych dłoniach i patrzysz na mnie z tym spokojnym uśmiechem. Siadam na krześle, tuż przed swoją toaletką. Stoisz tuż za mną, widzę Cię w owalnym lustrze, widzę jak patrzysz skupiony i podekscytowany jak mały chłopczyk. Upinasz moje włosy, najpierw zatapiasz dłonie, słyszę Twój cichy śmiech - loki Cię łaskoczą, wiem jak bardzo to lubisz. Czuję spokojny dotyk, gesty pełne czułości i namacalnej czci. Przymykam oczy tylko na sekundę, ale wtedy zupełnie tracę świadomość, więc skupiam wzrok na Twym odbiciu i liczy się już tylko to, jak zabawnie wyglądasz tworząc delikatne gniazdo na mojej głowie. Bardzo ładnie Ci to wychodzi, teraz widzę łąkę z martwymi różnościami. Piękno. Skończyłeś, ale wciąż mnie dotykasz, głaszczesz po głowie, próbujesz uspokoić jakbym była małym zwierzątkiem. Całujesz mój czubek głowy, pomagasz mi wstać i ubrać tą szczególną sukienkę, którą tak lubisz. Prowadzisz mnie najpierw do kościoła Mariackiego, jesteś cały czas, ubrany w czerń jak kruk. Jesteś, kiedy zapalam świeczkę dla M. i jesteś również wtedy, gdy upadam na kolana modląc się cicho, całując zimną ścianę, drapiąc w stare deski ławki. Potem prowadzisz mnie do miejsca w Krakowie, gdzie widać miodowe światło, drobinki złota wszytego w czas i przestrzeń. Rozmawiasz spokojnie ze starszą panią, która patrzy na nas jak na ludzi z innej epoki. Uśmiechasz się lekko, gdy daje mi ciemny różaniec z wytartymi - od częstej modlitwy - koralikami. Prowadzisz spokojnie, gdy inni wykonują gwałtowne gesty.

Ten posmak w ustach, który zakaża. I pisk w uszach, tam w środku, dlaczego?





piątek, 20 lutego 2015

20.02.15



Wykończy nas to, co we mnie siedzi i co rozrasta się do olbrzymich rozmiarów.
Dzisiaj czuję się tak, jakbym siedziała przy starym gramofonie i słuchała z zamkniętymi oczyma głosu kobiety, która poddała się i dała pozwolenie psom, by zjadły jej psychikę, by rozszarpały każąc jej na to wszystko patrzeć. Ma drżący głos, łapczywie wciąga powietrze, momentami kaszle i wtedy czuję wilgoć na swoich policzkach, ale nie otwieram oczu, nie mogę. Potrafię tylko trzymać je w zamknięciu, dotykać zimnymi opuszkami palców powieki, by przytrzymać te dwa rozszalałe wobec strachu i niebezpieczeństwa ptaszki. Oni tu wszyscy bardzo krzyczą. Słyszę, jak wciąż powtarza jedno zdanie. Wciąż od nowa, wciąż i wciąż na nowo - wszystko szeptem, następnie coraz głośniej. Teraz krzyczy. Chce, by ją wpuścili, by pozwolili jej odejść, by pozwolili jej złapać i znowu oszaleć. Słyszę jej płacz, czuję każdą łzę. Boleść. Oddycha bardzo głośno, bardzo szybko i niespokojnie. Cisza. Szelest. Pisze, zaczęła pisać to zdanie, które tak uparcie powtarzała kilka minut wcześniej. Pisze.

*

Zmarli pozwolili [cmentarz Rakowicki] mi wziąć kilka roślinek, pozwolili opowiedzieć sobie milczącą baśń, pozwolili przypomnieć. Bardzo tego potrzebowałam, być może dlatego czuję kogoś przy sobie, kogoś dziwnego, obcego - odkąd wróciłam z miejsca, które jest cicho żywe, piękne.
Moje włosy w blasku słońca krwawiły - tak powiedziała, że miały blask, nitki skrwawione. Powiedziała, że idealnie pasuję do tego miejsca, gdzie jak zjawa, jak czarownica cichutko, na paluszkach wędruje wokół starych nagrobków.

Oszaleje z tej tęsknoty. (kochany, wróć)



sobota, 14 lutego 2015

14.02.15




To robi ze mną choroba. Wykręca moje ciało, mam ochotę tańczyć ten makabryczny taniec, czasami krzyknąć, przyłączyć się do ich krzyków i bać się. Jestem w lesie i to tam rozgrywa się wygnanie. Powolutku, żeby nikogo nie spłoszyć, kładę się na śniegu, nagie gałęzie wysokich drzew otulają, chronią, precyzyjnie ruszają moim ciałem.

Tym myślę. Wszystko co zarażone tak się we mnie wije, tak mną porusza. Zimno mi.

czwartek, 12 lutego 2015

12.02.15

Jest we mnie tyle niewypowiedzianego lęku. Każdy krok wymaga tak niewiarygodnego wysiłku, że to wszystko powoduje mocny ból głowy. Boję się wychodzić z domu, to znowu wraca. Wyglądam przestraszona przez okno, mnę zasłony w drżących dłoniach. Dotychczasowe leki nie pomagają, Choroba rozwija się, parzy. Czuję, jak rozchodzi się po krwi, ale dziś najmocniej czuję ją w swoich żyłach. Czuję, jak wypala te potworności, a ja nie mogę zatrzymać tego bezlitosnego procesu. Nie mogę sprawić, by serce przestało wtłaczać w ciało truciznę. Ono jest tak boleśnie nieświadome.
Zasłaniam twarz włosami, by nikt na mnie nie patrzył, ale te oczy namalowane, osadzone na płótnie tak bezlitośnie, patrzą, opowiadają. Czego tak naprawdę się boimy? Rozmazuję węgiel na pożółkłych kartkach, obrazy rozmywają się, słowa sczerniałe, niepełne. Ubieram czarny golf, by stopić się z nocą.

Jest we mnie tyle dziwnych myśli, jakby żadna z nich nie była pierwotnie moja. Jest tyle obcych istnień, nasilenie.

Wypatruję na niebie gwiazd, czekam na pełnię. Gdy pozwolę sobie na wypuszczenie myśli, głosy cichną całe w zachwycie nad złudzeniem, widzę kosmos.
Myśli wyprzedzają moje pisanie, obrazy wyprzedzają gesty. To wszystko jest takie niepewne.

On zrobił mi dziś kolejną bliznę.



"Jak my się kaleczymy
roztargnieni spieszący się
jak my się kaleczymy
wzajemnie okrutni w skupieniu czujni
nieomylni w zadawaniu ciosu."

Tadeusz Różewicz


12.02.15

Przepiękny list i Twój zapach, który delikatnymi podmuchami wyłonił się otulając, chroniąc. Raj. To piękne móc czuć Cię tuż przy sobie, choć tak naprawdę jesteś daleko, być może nawet nie istniejesz. Twoje słowa skreślone na papierze, w chwilach smutku takie rozmazane, takie chwiejne, przestraszone. Z każdym słowem miałam ochotę przytulić Cię, móc uleczyć każde Twe zranione miejsce, zszyć te rany - te drobne również. Połączyć się z Tobą nicią z lasu i utulić do snu. Założę Twój zapach, w nocy kiedy wszystko jest takie straszne i żywe.

Upięłam włosy do góry, przecięłam swój kark, czułam jak stróżki krwi spływają coraz szybciej po linii kręgosłupa. Kochają, kochają, kochają. Czekałam na Ciebie, byś przyszła i posmakowała tej czystej choroby, która pachnie naszymi kwiatami. Zamiast tego przyszła Hekabe i wyjąc kreśliła symbole na moich plecach. Spisywała modlitwę, słowa które pozwalając przywołać Zło.
A Ty jej na to pozwoliłaś.

Twoją smutną historię zamknęłam w skrzyni. Niedługo kupię jej koronkową wstążkę, specjalną, by chroniła całe to zło i by nigdy nie wyciekło spoza ram papieru. Pozwól.


Wciąż myślami jestem na cmentarzu Rakowickim. Wciąż i wciąż. Niedługo odwiedzę go znowu, z pewnym zamiarem.

"nie kwitnij pod moim oknem
w deszczu
nie proś szyby
żeby pod twoim oddechem ciepłym pierzchła

tyle liści
odeszło aby nie wrócić

przeklętą zielenią
podpełzasz pod moją głowę

i poprzez brwi ściągnięte
mówisz: jestem

a ja odpycham
twoje srebrne ciało
w zaciśniętej pięści pospiesznie
kruszę w pył zerwane liście."

Halina Poświatowska


poniedziałek, 9 lutego 2015

09.02.15

Dzisiejszy dzień spędziłam na cmentarzu Rakowickim. Byłam tak bardzo spragniona atmosfery tego miejsca i wspomnień z nim związanych. Śnieg mocno sypał, kiedy z czarnym parasolem chodziłam zaśnieżonymi alejami. Jeszcze nigdy nie byłam na tym cmentarzu w zimie - wzbraniałam się, hamowałam. Nagrobki wyglądały zupełnie inaczej, otulone białym puchem, zimniejsze niż na co dzień i takie żywe. Na krzaku - przy pewnym szczególnym grobie - już nie było róż wielokwiatowych, jedynie gołe gałązki - nikły ślad po żywych, po pachnącej pamięci. 

Szłam powoli. Wokół była czerń, biel i szarość, a w górze mnóstwo drobinek śniegu, które tańczyły wraz z mocnym wiatrem. Drzewa przypominały wielkie, stare filary - jak gdyby pilnowały, by historia nie wyciekła w niepowołane ręce. Odwiedziłam ukochaną ścieżkę, jednak tym razem spostrzegłam mnóstwo szczegółów, których wcześniej nie było. Nie mogło być, choć przecież te szczegóły naznaczone są czasem, starością, tym szczególnym zapachem i wyglądem nie budzącym wątpliwości co do lat. Ta piękna kobieta, która ukazuje swój prawy profil. Upięte włosy i elegancka (zapewne niegdyś biała) bluzka. I to spojrzenie. To niesamowite spojrzenie, którym wręcz krzyczy, jakby przestrzegała, że jest jej źle, że nie pogodziła się. A potem zdjęcie mężczyzny, który z nieco większej odległości wygląda, jakby miał przeciętą czaszkę, koronę cierniową jak Jezus. Patrzył z nienawiści, z rozżaleniem i nieufnością. Ostro, czujnie. 

Wszystko bardzo krzyczało. Moje serce biło coraz szybciej, palce piekły od zimna, jakby przypalał je sam diabeł. I kroki. Czułam się obserwowana. Śmierć patrzyła z każdego nagrobka, wyłaniała się z każdej alei, z każdego zakrętu, siedziała na każdej ławce i na każdym drzewie. Było tego wszystkiego tak wiele. I głosy. Nasiliły się wtedy do niewyobrażalnych rozmiarów, ich natężenie rozsadzało każdy nerw mojego ciała. Zwieńczeniem ataku był pogrzeb. Gdzieś między głosami, szeptami i krzykiem, słyszałam także grające organy, śpiew i lament. Wychodząc wielką bramą usłyszałam "Spotkaliśmy się przy trumnie świętej pamięci Anny..." 


Uspokoiłam się dopiero siedząc w swojej ulubionej kawiarni, pijąc kawę aztecką i jedząc szarlotkę z cynamonem i kremem waniliowym. Pisałam. Mimo trzęsących się dłoni, otworzyłam swój zeszyt i pisałam, wszystko to, co działo się na cmentarzu - spisałam. Tuląc czarnego kota, wracałam myślami do grobów. Teraz cały czas mam przed oczami ten doniosły skrót D.O.M. i pozostaje nam jedynie pomodlić się za te wszystkie opuszczone dusze. 


Dom wszystkich zmarłych.