środa, 28 sierpnia 2013

28.08.13

Kawa jest już zimna. Nie zdążyłam jej dotknąć suchymi wargami, kiedy jeszcze utrzymywała swoje ciepło. Nawet ona po pewnym czasie gaśnie i nie smakuje tak, jak powinna. Ale widzisz? Jeszcze zwracam uwagę na to, co pije. Nie wlewam w siebie byle czego. Moje dłonie są lodowate. Mam wrażenie, jakby były rękami martwej kobiety spragnionej dotyku i pieszczot. Są delikatne. Na lewej dłoni mam kilka blizn, na prawej zaś ślad grubości pierścionka, nieopalony. Paznokcie zbyt długie jak na moje oko, za niektórymi skrywa się brud, choć przecież czyściłam je wczoraj przed spaniem. Paznokcie są dobrym narzędziem do zadawania sobie bólu. Do utorowania drogi do kości, do tkanek, do całej naszej historii. Historii opartej na faktach autentycznych. Zawsze śmieszyło mnie to stwierdzenie.
Jestem lodowata. Siedzę przy otwartym balkonie, na zewnątrz jest zimno, a może to we mnie panuje ta zima? Nie rozróżniam, zbyt wiele działo się tej nocy w moim umyśle. Nie jestem w stanie porozumieć się z tymi naiwnymi owieczkami w moim umyśle. Zatapiam się głębiej w delikatne pióra. Wyrwałam je w nocy ze skrzydeł anioła, który odwiedził mnie z wyrazem walki przegranej. Pocałowałam go w usta, poczułam kruchość, poczułam lekki wiaterek unoszący moje usta ku niemu. Latały. Nie czułam nic. A potem poczułam się tak, jakbym została porażona prądem. Dopiero potem zrozumiałam, że to mój grzech się obudził i kiełkuje we mnie w zastraszającym tempie. Każdy dzień bez Ciebie to jak tułaczka, jak kara zjawy, jak rzucanie kamieniami we własny mózg, który nie jest chroniony czaszką. A każda noc jest jak nawiedzanie mnie przez demony wszelkiej maści, czuję się opętana i to wszystko dzieje się przez Twoją nieobecność. Dostaje skurczy żołądka, jedno oko świeci srebrną mgiełką. Zaszyto mi drugie krzywym byle jakim ściegiem, szwy są czarne, skrywają tajemnice przetrwania, której nigdy nie zobaczę. To było jedyne zdrowe oko, a oni mi je zaszyli. Drugie połyskuje światłem i widzę przez niego straszne rzeczy. Jak myślisz, jak długo to potrwa? Myślę, że nie dłużej, niż życie z Tobą. Usta również mam zaszyte. Oni chyba nie chcą słyszeć mojego krzyku okrytego czystą paniką. Myślę, że kiedy usłyszysz mój krzyk ze siwiejesz w parę sekund ze strachu. Wyglądam strasznie. Czuję, że zaszyte rany krwawią dość obficie. Czuję Cię obok, jak przyglądasz się temu, co mi zrobili. Spokojnie patrzysz na to, co zrobił mi anioł, którego odważyłam się pocałować. I nie obchodzi Cię nic, bo Ty tylko patrzysz. Tylko na tyle Cię stać. Ja stoję, ale chwile potem upadam na poobijane i krwawiące kolana. Jesteś z siebie dumna? Chciałabym krzyknąć... Naglę patrze wprost na anioła. Nie wiem jakim cudem, ale wpatruje się w niego tak, jakbym go widziała. Prosto w oczy. I zaczynam krzyczeć. A krzyk rozbrzmiewa wprost w jego umyśle. Wariuje na moich oczach. Jego już nie ma. Nawet nie wiesz, jak miło torturować anioła. Och... Zniszczyć czyiś umysł... Tym się stałam bez Ciebie.

wtorek, 27 sierpnia 2013

27.08.13

Nie potrafię uciec od waszych ciągłych pretensji. Nie potrafię. Ciągle wam coś nie pasuje, wiecznie. Cały czas słyszę tylko 'uśmiechnij się, nie ubieraj się na czarno, nie siedź długo w nocy, zjedz coś, pogadaj ze mną, dlaczego taka jesteś?'. Ale gdybyście mnie znali, gdybyście słuchali to wiedzielibyście, że jestem smutna, ponieważ odebrano mi moje 'ja', kolorowe ubrania obrzydzają mi pozostałości po sobie, nie mogę szybko zasnąć i nie mogę długo spać, jem tyle ile potrzebuje, nie gadam z byle kim i byle o czym, jestem taka, jaką mnie zostawiła. A odchodząc zostawiła mnie zdezorientowaną i słabą. Dziękuję bardzo.
Wyrzekłaś się mnie. Jestem teraz niczym. Bo gdybym rzeczywiście była kimś w Twoich oczach to nie siedziałabym teraz sama wypłakując oczy, kiwając się w przód i w tył na krześle, wariując, jedząc swoją wargę wciąż się zamartwiając. A w nocy nie przychodziłaby do mnie dawna ja i nie patrzyła na mnie ze smutkiem i lekkim potępieniem w oczach, nie kręciła ze zrezygnowaniem i z niedowierzaniem głową i nie rozkładała bezradnie rąk jak gdyby mówiła 'teraz naprawdę jestem bezsilna'. Wiem, że ona już mi nie pomoże, bo należy do Niej. Całe dobro, kruchość i delikatność, głośny śmiech, iskry w oczach, perfekcyjne ruchy, energie i całe tajemnice odeszły, bo należą do Niej. Nic mi nie zostało. Może to i dobrze, bo przecież nie chcę pamiętać jaka byłam kiedyś. Kiedy jeszcze wypełniała mnie całą świadomie i pisała mi czułe słowa. Teraz wszystko pokryte jest cierniem, czymś lepki i brudem. Wszystko rozmazuje mi się przed oczyma a czasami nawet zarechota, zakracze jak kruk... Jak dawne ja. Śmieszy mnie jedynie to, że w głowie wciąż dźwięczą mi Twoje słowa 'nie opuszczę Cię nigdy. Nigdy'. Kłamczucha. Chciałabym wyjechać gdzieś, gdzie mnie nikt nie znajdzie. Gdzieś, gdzie znajdę jakąś osobę, która powie mi jak żyć. Która pomoże mi, nakarmi mnie i zaopiekuje się mną. Myślę, że sama opiekować się sobą nie będę potrafiła, bo przecież każdy potrzebuje tej czułości i delikatności, samego zainteresowania od jakiejś osoby. Nie byle jakiej, bo byle jaka osoba nawet na ciebie nie spojrzy, może cię nawet odepchnąć samym swoim spojrzeniem. Poczujesz jej oddech na swojej nagiej szyi, odór zepsutej krwi, gnijących kości, rozkładu, a gdzieś nawet w tym przebija się odór szczęścia. Szczęścia tak słodkiego, że aż cię mdli i wymiotujesz. Wymiotujesz całym syfem jaki udało ci się zebrać w ciągu całego swojego życia. Taki syf zbierasz już od wyjścia z łona matki, wierz mi, że kiedy nabierasz pierwszego haustu powietrza wtedy brud zapełnia połowę twojego malutkiego ciała. A potem rośniesz więc brud ma więcej miejsca dla siebie, spychając tym samym twoją dusze w najciemniejsze jego otchłanie, z których jeszcze nikt nigdy nie wyszedł o zdrowych zmysłach. Słodki smak życia, czyż nie? Kłamczucha... Jesteś jedną wielką kłamczuchą. Kłamczuszysko zmyśla wszystko.

***

Mam zeszyt. Nowy. Pachnie nowością. A raczej pachnie tak, jak pachną pożółkłe, wyglądające tak, jakby przy najmniejszym dotyku miały się rozlecieć, kartki. Staro. Czuję starość, choć przecież zeszyt jest nowy. Ma czarną okładkę. Nic specjalnego. Po prostu zeszyt. Poprzedni, z którego powyrywałam wszystkie zapisane strony, leży gdzieś. Nawet nie do końca wiem gdzie. Nie chcę do niego wracać, nie chcę nawet na niego patrzeć, bo gdy to zrobię, wszystko wróci. Zawsze wszystko wracało, ilekroć tylko na niego spojrzałam. Wracało wszystko, a słowa jakie w nim zapisywałam pojawiały się przed moimi oczami jak film z obiektywu. Nie chcę tak. Dlatego zdecydowałam zakupić nowy. Zakupiłam. Pierwsza kartka została wyrwana, gdyż to, co na niej napisałam przekraczało zdrowy smak. Nie. Tak to nie będzie wyglądało. Boję się, że nie będzie wyglądało wcale. Ale. Nic. Nie, nic. Przestań. Zakupiłam również 'szkicownik'. Czyste strony, nieskalane liniami. Mniejszy od typowego zeszytu. Ale to również jest przeznaczone do mojego pisania. Nie wiem kiedy zdołam zapełnić swoim koślawym pismem te wszystkie kartki, ale nie muszę martwić się, że zabraknie mi miejsca. Nie muszę martwić się również, że zabraknie mi długopisu - kupiłam ich cztery. Na razie. Kwiatki póki co nie usychają. Widze w nich jeszcze życie, widzę to piękno, jakie powinno błyszczeć w nich całą wieczność. I tak ma pozostać. Choć wiem, że jeszcze parę dni i uschną, to mimo wszystko teraz próbuję powstrzymywać łzy od wypłynięcia z oczodołu nad nimi. Kłamczucha... Nie podoba mi się, że wiesz, co czuje. Nie, nie Ty moje byłe kochanie. Ty pewnie nawet tego nie czytasz. Ty. Wszystko tu czytasz a mnie nie jest z tym zbyt dobrze. To nie dobrze. 

OKŁAMAŁAŚ MNIE. JAK SIĘ Z TYM CZUJESZ?

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

12.08.13

I zastanawiam się... Czy tęsknisz, czy tęsknisz choć trochę? I zastanawiam się, czy w myślach formujesz słowa, jakie chciałabyś mi powiedzieć? I zastanawiam się, czy w ogóle o mnie myślisz, od tego zacznijmy? Nie robisz tego. Z jakiegoś powodu mam coś na podobieństwo pewności. Nie robisz tego. Ja również nie robię niczego. Ale myślę, czuje i zastanawiam się. Za dużo. Nadal zbyt wiele czasu poświęcam wspomnieniom, choć przecież wyraźnie widziałam, jak odwracają się ode mnie machając mi na pożegnanie. Przecież wyraźnie powiedziały, że już więcej nie będą pokazywały mi się na oczy - powiedziały tak. Na pewno to usłyszałam. Nie wymyśliłam tego... Skrobiąc w swoich żyłach widzę cały swój świat. Zamknięty w jednej, fioletowej, a może sinej żyle, która jest tu. Patrze na nią teraz i wiem, że jest. Mogę jej dotknąć. Popatrz, dotykam jej. Dotykam. Bo ona jest. I tym się różnicie. Ona jest, Ciebie nie ma. I mogę w niej skrobać. Sypie się z niej brokat... Widzę gwiazdy, mnóstwo gwiazd. Umieram. Bez Ciebie. Umieram.
Z każdą chwilą coraz bardziej. Coś mnie wyżera. Umieram. Mimo tego potrafię się uśmiechnąć do bliskich i grać przed nim niczym nie zmąconą rozkosz. Jakie to piękne. Wypowiadam do nich słowa, bywa nawet, że wykrzykuje im je do ucha. Czy mają je brudne, że nic nie słyszą? Jak to, jak to, jak to tak może być? Zrozumiałam, że nie mówię. Jestem niemową. A ty moją ofiarą. Nie mogę ci nic powiedzieć, ale mogę zadawać ból rękoma, nogami, mogę ugryźć cię do żywego mięsa, chcesz? Bo widzisz, najczęściej rani się słowem, ale kiedy strona raniąca jest niemową, jak w tym przypadku, to może jeszcze dokopać ci ze swych kończyn, i co bardziej będzie cię bolało? Bo mnie bolałoby wszystko. Wszystko mnie boli. Oko mnie boli. Od wczoraj. Nikt mi w nie nie przywalił, nikt je nawet nie dotknął, nawet ja, a mimo to, mam wrażenie, jakby to był jeden wielki zakwas. Nawet mruganie boli. Ty mnie bolisz. Jak to, jak to, jak to tak może być?

***

Spotkałam się z Księżycem na rozstaju dróg. Zaskoczył mnie. Powiedział, że jeżeli w siebie uwierzę, to osiągnę wszystko o czym marze. To zabawne, bo przecież najbardziej chcę Ciebie, więc jak On śmiał tak kłamać. Jednak nie powiedziałam Mu tego. Czekałam cierpliwie aż powie mi co ma do powiedzenia i odejdzie. Ale nie odszedł. Nie. Powiedział też, że zostanie przy mnie bo tego potrzebuje. Bo ja tego potrzebuje. Nie zaprzeczyłam. Każde towarzystwo dla mnie w tym momencie to jak balsam na spalone ramiona. Jak kefir. Patrzyłam na Niego tylko jednym okiem. Tym nie bolącym. Chciałam się uśmiechnąć, ale ktoś uderzył mnie w głowę i straciłam przytomność. Odkąd się obudziłam, czuje, że ktoś przy mnie czuwa. Cały czas. I trwa i patrzy jaka jestem głupia. Uroczo głupia.
Właśnie poczułam delikatny wietrzyk. Nawet nie wiesz, ile taki lekki podmuch sprawił mi radości. Aż oczy zaszły mi łzami. Tymi ze szczęście. Możesz sobie wyobrazić? Po prostu lekki wietrzyk sprawił, że poczułam, że będzie dobrze, że już jest tylko nie potrzebnie dołuje się na siłę. Nie dołuje się na siłę. To bzdura. A może... Nie wiem, ale zamykam oczy patrząc na swoje powieki i widzę cały kosmos. Wszystko. Drogę Mleczną, wszystkie planety. I milion, miliard, nieskończoną ilość gwiazd. Gwiazd, gwiazd, gwiazd... Twinkle, twinke... Kocham swoje włosy, kocham ich zapach. Twój zapach też bym pokochała, gdybyś dała mi szansę. Latam. Miękkość kości. Osad na zębach staje się nieznośny. I twój krzyk rozbrzmiewający jak echo w górach. Nie śmiej się tak histerycznie. Zacznij myśleć. Myśl! Myśl!!! Myślę, myślę, myślę... Nie wymyślę teraz nic. Boli mnie oko. Księżyc jest. Ciebie nie ma. Oko. Powieka. Kości. Kawa. Osad na zębach. Kurz. Zapach piwnicy. Rozlana benzyna. Oszustka waga. Czekolada i sok z całą masą witamin. Wymiociny. Gwiazdy. Księżyc. 

Boli mnie oko...

WSZYSTKO CO UCZYNIŁEŚ WRÓCI DO CIEBIE.
Twinkle, twinkle...

piątek, 2 sierpnia 2013

02.08.13

   Jak widać, małe zmiany. Nie tylko tu, bo i w moim życiu również. Coś się zmieniło. Coś po prostu pękło. Obiecałam sobie, że więcej o Niej nie napisze. Nie napisałabym, ale każda komórka mojego ciała krzyczy wręcz na Jej temat. Mam wrażenie, że nawet pot krzyczy Jej imię, jakkolwiek obrzydliwie to brzmi. 437 dni razem. Około 437 dni razem. To sporo. Ale czymże jest te 437 dni w stosunku do długości życia, jakie jest przede mną? Mam dziwną pewność, że śmierć omija mnie szerokim łukiem. Już nie wiem, czy mam się z tego śmiać, czy zacząć histerycznie płakać, leżąc na podłodze, kopiąc i bić pięściami. 437 dni - tyle żyłam. Tyle naprawdę żyłam. Nie ważne, kiedy się urodziłam i od którego dnia jestem na tym świecie. Dla mnie życie zaczęło się 26 kwietnia 2012r. Skończyło się około dwóch tygodni temu. Teraz wegetuje zaplatając w wyobraźni warkocza. Jest śmieszny, koślawy. Można by pomyśleć, że robiło go dziecko dopiero co uczące się go pleść. A przecież ja mam w tym wprawę. Moje ręce drżą, przestały robić płynne ruchy.
Jakie słowa oddadzą w pełni to, co czuje? Chciałabym zapłakać, ale nie wiem jak to zrobić, by łzy popłynęły. One tylko stają w moich oczach, ale nigdy nie spływają. Jak gdyby bały się opuścić względnie bezpieczny oczodół. Wołam do nich 'spłyńcie proszę... uwolnijcie mnie od dręczących uczuć'. A wtedy parzą na mnie dziwnie i wysychają. Znikają. Pewnie odpływają z powrotem kanalikami. Nie chcą dać mi ulgi. Dlatego nie spływają. Chowają się. Co mam teraz zrobić... Wbijam paznokcie w swoje ręce. Chcę drapać. Drapać i niszczyć swój naskórek. Do krwi. Do kości. Przeciąż swoje nerwy, odciąć dopływ tlenu. Sprawić, by mózg przelewał mi się w czaszce z jednej strony na drugą. A potem wypływał oczami. Uśmiech proszę. Wróć proszę. Boże mój, boże mój, czemuś mnie opuścił?
   Nie poznałam swoich oczu wczoraj jak i dzisiaj. Wczoraj po raz pierwszy zobaczyłam w nich prawdziwą niczym nie zmąconą rozpacz. Dzisiaj natomiast zrezygnowanie, poddanie się. Dalej błyszczą, a może to dzieje się tylko w mojej wyobraźni? Zabierz mnie ode złego. Przeprowadź na drugą stronę rzeki, gdzie jest mnóstwo zieleni, zwierząt, ale nie ma ludzi - tylko natura. Matka Natura i ja. Tego chcę. Popatrz jak wszystko szybko się zmienia. Za niedługo odejdziemy. Za niedługo rozpocznę drogę ku dorosłości. Nie chcę tego, chcę w dalszym ciągu być dzieckiem na utrzymaniu rodziny. Nie chcę się całkowicie usamodzielnić. Nie chcę zostać sama. Teraz moje serce bije tylko połową siebie.
   Odurzona przez leki przeciwbólowe, cichutko, leciutko stąpam po drewnianych schodach. Skrzyp. Ojej, przepraszam. Skrzyp, skrzyp. Przepraszam, naprawdę nie chciałam. Skrzyp, skrzyp, skrzyp, skrzyp. Nie potrafię być już delikatna. Skrzyp. Przestańcie skrzypieć... Skrzyp, skrzyp. Niech ktoś przyjdzie, weźmie mój malutki świat, weźmie go w ręce, delikatnie, z czułością, i niech zacznie go składać powoli w całość. Niech mi pomoże, niech otuli. Chcę poczuć się bezpieczna i spełniona.

NAGLE TAK CICHO ZROBIŁO SIĘ W MOIM ŚWIECIE BEZ CIEBIE.
NAGLE TAK CICHO ZROBIŁO SIĘ W MOIM ŚWIECIE BEZ CIEBIE.
NAGLE TAK CICHO ZROBIŁO SIĘ W MOIM ŚWIECIE BEZ CIEBIE.
NAGLE TAK CICHO ZROBIŁO SIĘ W MOIM ŚWIECIE BEZ CIEBIE...

wtorek, 16 lipca 2013

16.07.13

   Wszystkie dni zlewają się w jedno. Budząc się dzisiaj miałam wrażenie, jakby wsypali mi pod powieki piasek i może jeszcze jakąś żrącą substancję. Ledwo je otworzyłam, a kiedy już dałam radę to każde mrugnięcie było jak smaganie biczem. Nie wiedziałam która godzina, nie wiedziałam jaki dziś dzień, nie wiedziałam kto jest jeszcze w domu, a kogo w nim już nie ma. Nic nie wiedziałam. I muszę powiedzieć, że taka nieświadomość to nie jest nic fajnego. Zdecydowanie wolę być uświadomiona bez względu na to, jakie mogą z tego wyniknąć nieprzyjemności. A teraz? Teraz siedzę, wiedząc już która godzina, jaki dziś dzień i kto jest w domu, i wcale nie jestem mi z tego powodu lepiej. Może tylko tyle, że przynajmniej wiem co się wokół mnie dzieje. Niestety dotarło do mnie również to, jak bardzo spieprzyłam pewne sprawy. Niesamowite, jak w jednej chwili, za pośrednictwem źle dobranych słów można zniszczyć cały swój świat.
Powinnam czuć do siebie obrzydzenie, powinnam zacząć karać siebie i swoją psychikę. Zamiast tego siedzę jak to ciele i zastanawiam się. Ostatnio cały czas się zastanawiam. Non stop. I cóż mi z tego zastanawiania się? Nic nowego nie wymyśliłam, za to analizuje wszystko po kolei, krok za krokiem, słowo za słowem i robi mi się niedobrze. Widok tych wszystkich twarz, znajomych czy też nieznajomych, bez różnicy, wcale nie poprawia harców mojego żołądka. Ale wiesz co...? Oszukuje się. Doszło już do tego. Bo widzisz, przez jakiś czas mocno powiedziałam sobie, że więcej oszukiwać siebie nie będę. Naprawdę mocno to sobie postanowiłam, i do pewnego czasu działało. No właśnie, do pewnego czasu i działało. Już nie działa a ja przestaje się łudzić, że jeszcze coś z tego postanowienia będzie. Zaczęłam się oszukiwać. Od razu kiedy rozpoczynam nowy dzień. I w ciągu dnia również. Właściwie cały czas. Kurwa, spieprzyłam, ja to wiem, i teraz gnoje się. Gnoje się, ponieważ nic mi już nie zostało z tego, co kochałam. I tak oszukuje się. Dzień za dniem coraz bardziej. I wszystko krzyczy do mnie 'witamy w rzeczywistości ponownie, kochana'. Spieprzajcie, nie chcę tego przywitania. Coś spadło na moje włosy... To serpentyna. Patrze w górę. Nie wierze. Mnóstwo balonów, serpentyn, jest nawet tort. Wszystko czarne. I ci ludzie... Ubrani w staroświeckie ubrania. Wszyscy wystroili się, można by pomyśleć, że mają dobre zamiary, ale ja patrze na nich z lekką dekoncentracją. Panie (a przynajmniej mam nadzieje, że to panie) ubrane są w suknie, piękne suknie w jakich nikt już nie chodzi. A panowie (tutaj też pojawia się nadzieja, że to panowie) przyodziali się w garnitury, fraki, czy w co tam jeszcze, jak zwał tak zwał. Nikt się już tak przecież nie ubiera, ale to nie tylko dlatego czuję niepokój. Zamiast twarzy mają maski. Gorszej wersji tlenowe, są też maski jak z teatru; piękne, widać, że kosztowne, ale są też i takie wykonane ze znudzeniem. Za tymi maskami są oczy. Co najdziwniejsze - spojrzenia są trzeźwe, czujne, drapieżne. Już samo to powinno dać mi do myślenia, że to powitanie. Uważne powitanie zagubionej duszyczki. Duszyczki, która ośmieliła się uciec z ich świata, a teraz powróciła. Jak syn marnotrawny ja kulę się przed spojrzeniami ostrymi jak brzytwy. 'Możesz marzyć, niech piekło Twej wyobraźni pochłonie Cię do reszty - ale już zawsze rzeczywistość będzie przy Tobie i już nie uda Ci się ponownie od niej uciec. Ale marz, marz bo tylko to Ci pozostało, to jest coś, czego Ci nie odbierzemy. Zbyt mocno tego pilnujesz.' Przepraszam, czy to było do mnie? Słyszałeś? Nie, nie mogłeś usłyszeć, bo głos rozbrzmiał w mojej głowie... Ale kto to do mnie powiedział? Nie widzę... Rozglądam się, ale nie widzę. Jak mogę rozpoznać mówce, skoro nikt nie pokazuje tu twarzy i każdy się na mnie gapi? Oni się uśmiechają... Oni wszyscy bezczelnie się uśmiechają. Nawet ci, których maska przedstawia rozpacz... To ta rozpacz również się do mnie w swój sposób uśmiecha. Znowu słyszę ten głos... Brzmi tak, jak roztrzaskane szkło. Ociekająca krew i coś jeszcze, czego nie sposób rozpoznać. Słyszę marsz pogrzebowy. Czy to tak należy powitać kogoś w rzeczywistości? Chyba tak... Cóż za ironia. Ironia, ironia, ironia. Chcę herbatę. Mnóstwo herbaty. Już, teraz. Natychmiast. Chcę się nią upić, chcę ją przesłodzić. Chcę przedobrzyć. Nie dawajcie mi kawy, nie chcę być tak pobudzona. Chcę herbatę. Odwiedziłam wczoraj swoje drugie życie; to, które prowadzę w swojej wyobraźni. Bardzo je zaniedbałam, muszę przenieść się tam na dłużej i posprzątać.
   Wbijam paznokcie mocniej w gałki oczne. Patrzę na żyły, które dają wrażenie, jakbym miała błękitną krew. Nie wysypiam się. Nie obcinam paznokci - zapuszczam je, żeby... No właśnie, żeby co? Po co i w jakim celu? Po prostu sobie rozną, a ja ich nie obcinam. Niech rosną. Niech odstraszają tych, którzy chcą mi zrobić krzywdę. Niech to będzie jedna z moich form obrony. Bo jak jest za dobrze, to niedobrze. Ironia, ironia, ironia... Wszędzie ją czuję. Dlatego czujnie obserwuje usta mówiącego. I jego język, którym śmiesznie wywija mówiąc poszczególne słowa. Bawi mnie to. Chociaż już nie skupiam się na słowach, to na mimice owszem. Wszyscy są brzydcy kiedy mówią. I kiedy marszczą czoła, kiedy krzywią się, bo coś im nie pasują. A kiedy gestykulują? Kiedy gestykulują odsuwam się odrobinę, nie chcę dostać po buzi, nie chcę, by ktoś mnie przypadkiem dotknął.

   Cholera, czy tylko ja tak kurwa tęsknie, że mam wrażenie, jakbym siedziała w pokoju przed oknem, i nagle szyby rozpryskują się wprost na mnie? Powodując przerażenie i krzyk? Rany i wszechobecną krew? I uśmiech, chelsea smile? Tak, tak, tak... Tak, tak, tak, tak. Odejdź do diabła albo wróć i kochaj mnie dalej. Czuję się tak, jakbyś mnie pożyczyła. Jakbyś pożyczyła mnie na ten okres, w którym byłam Ci potrzebna, a teraz, kiedy Ci się układa, kiedy zaczęłaś życie od nowa, w nowym miejscu z nowymi ludźmi, wyrzucasz mnie, bo na co Ci takie próchno jak ja? Do czego ja się w tym momencie nadaje? Jestem pełna żalu, wyrzutów sumienia i pustki. Naprawdę czuję się tak, jakbym nie potrafiła pokochać nikogo. Jestem tylko dzieckiem. Dzieckiem, wkraczającym w dorosłe życie, a już mam ogromny wstręt do ludzi i do miłości. Tak nie powinno być, więc dlaczego tak jest? Bo Ciebie nie ma... Już nawet nie patrzę na telefon w nadziei, że jest wiadomość. Nie robię tego, bo tej nadziei już nie ma. Mówisz, że zmieniłaś się od naszego rozstania. Nie tylko Ty. Nie tylko Ty Moja Droga Już Nie Moja. Nijak nie mogę o Tobie zapomnieć. Chociaż bym chciała, to nie mogłabym, gdyż ilekroć włączam program z muzyką jest grana ta, którą wysłałaś mi jako ostatnią. Alex Hepburn - Under. Dziękuję, ale teraz nie mogę ruszyć się na krok. Wszystko mam sparaliżowane. I po co mi to było?
   Kocham ją za bardzo, w sposób jaki nie potrafię zdefiniować, i który sprawia, że jest mi ciężko, że niemal nie mogę powiedzieć jej o tym. Ale kocham ją mimo wszystko. Tak bardzo, że nie chcę, by więcej musiała się ze mną użerać - więc zamykam się szczelniej i już mnie nie ma. Ale wciąż cholera tęsknie.

(po paru minutach)
Postanowiłam, że więcej o Tobie nie napisze. Może będę myślała, ale tutaj nie napiszę ani słowem. Nie. Dość. Koniec. Jeżeli tak ma to wyglądać, to niech szaleje to w mojej głowie. Mam nadzieje, że któregoś dnia przestanie zupełnie, albo przynajmniej zmniejszy się do minimum, i wtedy będę mogła zacząć żyć na nowo. Póki co nic nie trzyma mnie tutaj, a raczej Ciebie tutaj, przy mnie i w ogóle. Tak.

piątek, 12 lipca 2013

12.07.13

   Nie rozumiem, nie rozumiem, nie rozumiem, nie rozumiem, nie wiem, nie wiem, nie wiem, nie rozumiem, nie wiem, nie rozumiem. I chyba nigdy nie zrozumiem i nigdy się nie dowiem, co dzieje się w głowach ludzi. Niby oczywisty fakt, jednak chciałabym poznać choć częściowo myśli niektórych osób. Chciałabym móc sprawić, by otworzyły przede mną swoje głowy, wszystkie swoje myśli, nawet wspomnienia - wszystko. Wszystko bez wyjątku. Z wielką chęcią wszystko to bym im zniszczyła. Wyobrażam to sobie mniej więcej tak: patrzę takiemu panu czy takiej pani w oczy, intensywnie aczkolwiek bez wysiłku. Początkowo stawia upór, jak to człowiek; bez uporu nic się nie obejdzie. Powoli, powolutku się do mnie przekonuje, a raczej do moich nawoływań, szeptów, kuszenia... Co do tego nie mam żadnych wątpliwości - po prostu mi ulega. No i otwiera wszystkie te myśli i wspomnienia, i wtedy ja, jak ta trąba jerychońska, zaczynam się bać. Strach jest jakiś taki dziwny, jakby nie mój, jakby pochodził z zewnątrz. Jak gdyby walił pięścią w moje serce, powodując paniczne zaciskanie się żołądka, tym samym doprowadzając mnie do lekkiej dekoncentracji. I już po chwili uświadamiam sobie, że to nie mój strach. Nie, to nie może być mój strach, gdyż on objawia się zdecydowanie inaczej, zdecydowanie dokuczliwiej, ostrzej, coś jakby samochód wyścigowy (strach), pędził po torze (moje wnętrzności), ale tak zupełnie bez uczucia, bez wyczucia, po prostu jedzie, żeby wygrać, ale co? I po co. I dlaczego. Po prostu jedzie niszcząc ten tor, bo opony już się starły, tak długo już jeździ.
 Ten strach jest tego pana czy pani i wiesz co? Podoba mi się. Dobrze wiedzieć, że wzbudzam w kimś strach, tą panikę w oczach. W oczach, w których ugaszam ten blask, doprowadzając do skamieniałości gałek ocznych. Są jak kamień, marmur, czy inne dziadostwo. Dla mnie, to po prostu kamień. Który zaczyna pęknąć. Z początku widzę niewielką rysę, ale ona się powiększa z każdą sekundą coraz bardziej. Moje ręce zaczynają drżeć, więc zaciskam dłonie w pięści tak mocno, że wbite paznokcie powodują otwarcie ran. Moja krew skapuje na podłogę. Słychać tylko rytmiczne kap, kap, kap, kap, i odgłos pękającej psychiki stojącego przede mną człowieka. Nagle skamieniałe gałki oczne pękają, rozsypując się w drobny mak. Niestety w chwili rozpadnięcia zawiał wiatr, i pył dostał się do moich oczu. Czuję go w zasadzie nie tylko w swoich oczach, ale także w nosie, w przełyku, czuję, jak wędruje wgłąb mnie, ale najbardziej skupiając się na sercu i rozumie. Nie wiem dokładnie dlaczego, ale tak właśnie czuję. Może dlatego na sercu, bym poczuła dobitnie wszystko to, co chcę zniszczyć, a na rozumie; cóż...bym po prostu zrozumiała. Nie podoba mi się to. Przed chwilą jeszcze tak, jednak teraz, kiedy to dostało się wewnątrz mnie, mam dziwne uczucie wyobcowania. Wpatruje się w puste oczodoły, i widzę, że one również wpatrują się we mnie, jakkolwiek irracjonalnie by to miało zabrzmieć, to tak właśnie jest. Nie wiem dlaczego, ale uśmiecham się. Zbliżam się do niej/niego i przysuwam usta do jej/jego ust. Nie całuje jej/jego. Ja tylko przysuwam delikatnie wargi, tak, by dzieliło je od zetknięcia dosłownie milimetr. Ona/on rozchyla delikatnie wargi tak jak ja, i wtedy z moich wydobywa się czarna chmura dymu z czymś lśniącym. Dopiero potem uświadamiam sobie, że to część mojej duszy. Nie dobrze. Nie chcę. Poczekajcie! Nie chcę niczego oddawać! Ale zaraz... to nawet przyjemne uczucie... Zdrętwiały mi dłonie, choć dalej skapuje z nich krew. Kap, kap, kap... Czarny dym i część mojej duszy wypełniło skorupę tej kobiety/tego mężczyzny. Stoi przede mną jak to ciele, zupełny bez mózg, choć przecież to ja doprowadziłam ją/jego do takiego stanu. Naglę czuje metaliczny smak w swoich wargach, i zaczynam widzieć wszystkie jej/jego wspomnienia. Niektóre są naprawdę...urocze. Czyli ohydne, przesłodzone, takie dziwaczne. Te podobają mi się zdecydowanie najmniej, gdyż zazdroszczę, że czegoś takiego nie przeżyłam ja. Jednak kiedy dochodzę do tych gorszych wspomnień, czuję blask w swych oczach i już wiem, że to jest to. Cokolwiek to jest, kiedy piszę 'to' bo nawet ja sama nie jestem do końca świadoma. Nagle ni stąd ni zowąd po prostu zaczynam niszczyć te dobre wspomnienia. Nie wiem dlaczego, ale mam tak ogromną chęć zawładnięcia nad nimi, że wpierw muszę je zniszczyć i posłać do diabła. I tak też robię. Skóra osoby stojącej przede mną z każdym niszczejącym wspomnieniem szarzeje, widzę w nich ogromne zmarszczki, cienie pod nieistniejącymi oczami, odchodzące płaty skóry z policzków. Wypadają jej/mu włosy. Pozbawione samych sobie wyglądają jak mokry zdechły szczur.
   Wychodzę. Choć przyznam, że niechętnie. Ale cóż poradzić? Za bardzo chcę z powrotem część swojej duszy. Bez niej czuje się obco. Ale nie dostaje jej. Z ust dziewczyny/chłopaka wydostaje się jedynie czarny dym, ale nie goni go lśniące 'coś', tego już nie ma. Zbyt późno zrozumiałam, że skoro zabieram coś temu człowiekowi, to będę musiała oddać coś w zastaw. Niestety nie mogę oddać wspomnień, gdyż je zniszczyłam, dlatego tępo wpatruje się w jeszcze rozchylone usta kobiety/mężczyzny i zaczynam płakać. Ale w sobie, nie tak, by wszyscy widzieli. Płaczę za tym, że nie pomyślałam. Płaczę, bo już nigdy nie będę kompletna. Płaczę, bo wiem, że bez niszczenia wspomnień innych nie mogę normalnie żyć, więc będzie ubywać mnie coraz więcej, aż w końcu przepełnią mnie zniszczone wspomnienia, zapanuje we mnie wojna, kompletny chaos, czarna dziura, ale pozostanie świadomość... Zgniłam.

~.~.~.~.~.~

   Jest dziwnie. Nie mogę uwierzyć, że można tak skomplikować sobie życie, jak zrobiłam to ja. To miały być udane wakacje, a jestem przez cały czas tak samo zmęczona, jak gdybym w dalszym ciągu musiała zmagać się z tą szkołą. Może nawet bardziej. Nie wiem co ze sobą począć. Wszystko już kompletnie mnie znudziło, a ja sama nadal nie wiem co zacząć robić. Dłuższe czytanie powoduje szczypanie oczu, codziennie boli mnie strasznie głowa, jakby uderzano w nią pałką do bębnów, tylko że ta pałka ma na końcu jeszcze takie małe cholernie ostre igiełki. 
Jem, bo jem, piję, bo piję, żyje, bo żyje...
   Poznałam urocze dziewczę na ask.fm Niesamowite, że na takiej stronce można poznać jakiś wartościowych ludzi, którzy mają rozum, i to pokazują. 
   Wciąż tęsknie... 

wtorek, 11 czerwca 2013

11.06.13

   Czuję, jakbyś była obok mnie. Duszą, nie ciałem, ale jednak. Czuję, jakbyś śledziła każdy mój krok nie ujawniając się. Ale to wszystko mi pasuje. Nie chcę odcinać się od Ciebie całkowicie. Nadal chciałabym być częścią Twoje życia, bo Ty częścią mojego już będziesz na zawsze. Nie potrafię zupełnie usunąć całego mojego świata z tego, co mi pozostało. Po prostu nie potrafię. Wyobrażam sobie ciągle, że mimo tego rozstania Ty nagle pojawisz się w moich drzwiach. Ja, z gniazdem na głowie, podkrążonymi oczami i zakrwawioną wargą dosłownie padnę kiedy Cię zobaczę. Taka niespodzianka. Twoje niespodziewane wejście ponownie w mój mały świat. Niestety jednocześnie wiem, że nic takiego nie nastąpi.
   Chciałabym zamknąć się w starej szafie. Ale niech będzie ona pusta, bez ubrań, płaszczy, bez moli i innych robali. Niech będę tam tylko ja. Zamknięta. Odsunięta od zdrowego społeczeństwa. Tak chyba byłoby lepiej? Nie wiem... Czuję się zepsuta w środku. Piosenki nadal grają w mojej głowie, kawa nadal jakoś smakuje, deszcz ciągle pada, a ja ciągle żyje, tylko co z tego? Bez sensu życia wszystko traci ten blask. Jestem jak wypompowana opona w samochodzie. I nie ma zapasowej. Boli mnie kręgosłup. Zbyt długo nie widziałam czystego nieba i gwiazd w nocy. A księżyc? Istniejesz jeszcze, czy również dałeś sobie spokój i odszedłeś? Może kochasz się ze słońcem a ja nic o tym nie wiem? A gwiazdy? Gdzież wy jesteście. Wróćcie pieścić moje oczy, proszę. Bezsenne noce są katuszą, więc proszę, umilcie mi ten czas. Wolałam za wami ale wy nie odpowiadacie. Was nie ma. A raczej jesteście, tylko że zasłaniają was chmury. Z których uparcie pada deszcz. Nie chcę nikogo obrazić, kochany deszczu. Uwielbiam cię. Uwielbiam na ciebie patrzyć, jak rozbijasz się o chodniki. Jak uderzasz o liście i sprawiasz, że unosi się śliczny zapach. Naprawdę uwielbiam cię. Ale uwielbiam też gwiazdy. Ciebie mam ostatnimi tygodniami na co dzień, a gwiazd i księżyca nie widziałam wieki. Boję się, że oślepłam. Że to już nie widoki dla mnie. Że nie jestem już godna. Przepraszam... Nie chciałam. Nie chciałam zaprzepaścić ci przyszłości. Wróć. Przepraszam... Zjadłam truskawki ze śmietaną. Były pyszne. Umiliłam sobie parę minut, w których je konsumowałam. Miałam wrażenie, że jem piękno. Było zachwycone mym wnętrzem, a ja mu za to dziękowałam. Teraz uderza od środka w mój brzuch, chce się wydostać, bo jednak nie jest tam tak pięknie jak mu się wydawało. Za to też przepraszam. Nigdy nie będę idealna, ale chciałabym, by ktoś tak o mnie mówił mimo wad. Patrze na kurz. Mam wrażenie, że mnie obserwuje. Ma żółte ślepia i ostre zęby. To nic, że jest maciupki. Ja go widzę... Przepraszam. Czy ktoś ma chusteczkę? Nikt? Ale jak to. Ja noszę przy sobie prawie zawsze. Nie w tym momencie, ale jest mi bardzo potrzebna. Proszę, dajcie mi chusteczkę. Nie chcę, by łzy spadły w świat, albo by zatopiły się w ubranie, albo w moją skórę, albo we włosy... Daj mi chusteczkę. A najlepiej dwie. Nie... Najlepiej to ty mnie ocal. Ode złego.

NIE WIEM JUŻ JAK MAM SOBIE RADZIĆ.