Mnóstwo rzeczy zaprząta moją głowę, jednak jeszcze znalazłeś w niej miejsce i Ty. Już bardzo dawno obiecałam sobie, że odwiedzę Twój grób i nic mnie przed tym nie powstrzyma, niestety to jeszcze nie ten czas, ale czuję, że już niedługo. W ciągu dnia staram się nie patrzeć w niebo, tak bardzo boję się spotkania z Twoimi dobrymi oczami. Zastanawiam się jaki smak ma Twe spojrzenie, ale wydaje mi się, że nadal jest to smak kojący.
Tęsknię za Tobą. Od kilku dni już nie zaprzeczam samej sobie. Niektórzy myślą, że tęsknie za kimś innym, ale powoli uświadamiam sobie, że tęsknota jaką żywię do Ciebie, znacznie przewyższa tą drugą. I nie wiem, doprawdy nie wiem, czy to za sprawą piosenki (pozwolę sobie w tym miejscu nazwać ją naszą piosenką [mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe]), która od długiego czasu wciąż rozbrzmiewa, uparcie wtedy, gdy jestem najbardziej bezbronna. Kiedy najwięcej potrafię do siebie dopuścić, przebija się - mocna, świeża, jakbyś dopiero co podzielił się z nią ze mną. W dniu, w którym umarłeś.
Kiedy siedzę przy oknie i obserwuje ptaszki, naglę widzę wśród nich także i Ciebie. Albo gdy duszą jestem na wsi. Wtedy biegnę boso po śniegu, między świerkami, w lesie (bliziutko domu E.). Nagle dołączasz do mnie, strzepujesz śnieg z gałęzi, wprost na moje włosy i śmiejesz się. Próbuję wyobrazić sobie Twój śmiech i to, jak wygląda Twoja twarz szczęśliwa, odprężona. A potem - już po naszej zabawie - na strychu gram na fortepianie dla Ciebie pewną ukochaną mi melodię. I wtedy jesteś już poważny, milcząco doniosły, odzywasz i wsłuchujesz się. Wybaczasz (błagam). Gdy siedzę w kawiarni, piję ulubioną kawę lub wino, wsłuchuję się w wiersze ludzi-nigdy-mi-nie-poznanych, czuję wtedy Twoją obecność. Czasami jesteś sobą, siedzącym na przeciwko, a czasem tym płomykiem, palącym się na wysokości mojego serca.
To od Ciebie zaczęła się moja psychoza, ale myślę, że to nie Ty spowodowałeś moją Chorobę. Ona była już we mnie od bardzo dawna, Ty dałeś Jej jedynie rozpęd, ale nie winię Ciebie. Jakże bym mogła? Dałeś mi rozpoznanie.
Tęsknię za Tobą. Nawet nie zdążyłam Cię przeprosić, ani utulić, kiedy tak bardzo się bałeś.
niedziela, 8 lutego 2015
sobota, 7 lutego 2015
07.02.15
Rozgryzione usta, twoja krew na moim policzku, twoje palce lepkie od potu. Co robimy? Błądzisz palcami po moich lokach, wplatasz w nie malutkie ptaszki, rodzą się maleńkie sowy. Jest dziś bardzo zimno, trzęsąc się piszę, cichutko przełykam atrament. Co robimy? Pukam skostniałym palcem w okno, odpowiada cała noc. Kosmos. I gwiazdy na niebie, które układają się w przepiękne obrazy. Weź mnie i utul. Chwytam najciemniejszą gwiazdę, tulę ją do swojego serca, proszę by śpiewała. Gaśnie we mnie, więc rozplatam jej warkocz, zawieszam go przy lustrze, obok różańca z czarnymi koralikami.
Godność, godność. Śmiech. Nie robi to na mnie wrażenia.
Wciąż uciekam na poddasze. W jakiś niewytłumaczalny sposób to właśnie tam znajduję największe ukojenie i spokojne, ciche światło. Wbijam gwóźdź pod paznokieć, zmieniam barwę swojej krwi, ale to dopiero smutny początek, malutki strach. Przestałam wchodzić na ulubione strony, nie oglądam ich, nie czytam, nie tęsknie. Idę dalej i żyję, broniąc to co mam.
Ostatnio najpiękniejsze co jest w Krakowie, to wystawy. Coraz częściej odwiedzam muzea, nieśmiało wchodzę do teatrów, czując się jak w swojej wyśnionej baśni, kiedy siedzę na wielkiej sali, wśród pięknie ubranych ludzi. Odpowiadam ukłonem na pozdrowienia nieznanych mi ludzi - wtedy wszyscy jesteśmy groteskową rodziną, układamy te same puzzle. Każdy tu nosi niewidoczne maski, ale nikt się do tego nie przyzna, nie wtedy - zresztą nie ma także na to czasu. Trwamy w tańcu, nasze oczy tańczą na scenie, podczas gdy rozgrzane ciała wtapiają się w aksamitne fotele. Żyjemy, ale gdybyś chciał dotknąć naszych serc - pustka. Nie wyczujesz pulsu, serca zamarzły z początkiem pierwszego aktu. Chłoną.
Marzą mi się góry. Bardzo chciałabym ich dotknąć. Tęsknie.
(wciąż w głowie, wciąż w snach)
Wciąż uciekam na poddasze. W jakiś niewytłumaczalny sposób to właśnie tam znajduję największe ukojenie i spokojne, ciche światło. Wbijam gwóźdź pod paznokieć, zmieniam barwę swojej krwi, ale to dopiero smutny początek, malutki strach. Przestałam wchodzić na ulubione strony, nie oglądam ich, nie czytam, nie tęsknie. Idę dalej i żyję, broniąc to co mam.
Ostatnio najpiękniejsze co jest w Krakowie, to wystawy. Coraz częściej odwiedzam muzea, nieśmiało wchodzę do teatrów, czując się jak w swojej wyśnionej baśni, kiedy siedzę na wielkiej sali, wśród pięknie ubranych ludzi. Odpowiadam ukłonem na pozdrowienia nieznanych mi ludzi - wtedy wszyscy jesteśmy groteskową rodziną, układamy te same puzzle. Każdy tu nosi niewidoczne maski, ale nikt się do tego nie przyzna, nie wtedy - zresztą nie ma także na to czasu. Trwamy w tańcu, nasze oczy tańczą na scenie, podczas gdy rozgrzane ciała wtapiają się w aksamitne fotele. Żyjemy, ale gdybyś chciał dotknąć naszych serc - pustka. Nie wyczujesz pulsu, serca zamarzły z początkiem pierwszego aktu. Chłoną.
Marzą mi się góry. Bardzo chciałabym ich dotknąć. Tęsknie.
(wciąż w głowie, wciąż w snach)
piątek, 6 lutego 2015
06.02.15
Bawię się swoją sukienką, czerwoną jak dojrzałe wino. Wyszywam w niej nowe wzory. Długą igłą, precyzyjnie, chcę by każdy wzór był jak cieniutka pajęczyna, która dopiero co złapała kropelki zamarzniętego deszczu. Robię to w dzień, gdyż światło jest tu najistotniejsze. Od czasu do czasu spoglądam na zegar wiszący na ścianie, tuż przy biblioteczce, bardzo głośny, bardzo stary, czas. Przychodzisz, wtedy skupiam się jeszcze bardziej, by niczego nie zepsuć. Ściągasz swój ciemny płaszcz, kładziesz go na krześle, zasypianie. Klękasz na przeciwko mnie, w swoje spokojne dłonie chwytasz koniec sukienki, muskasz nieśmiało moją nagą skórę, rozchwytywanie.
Masz czarne włosy, ciemne oczy, wielkie i silne serce. Wzięłam już swoje leki, dlatego moje dłonie biorą przykład z twoich - są spokojne, cichuteńkie, niewiasta. Jest cicho, nie przeszkadzają mi żadne głosy, słychać jedynie cichy szelest przechodzącej nici przez materiał. Bicie naszego zegara. Łzy w oczach, gdyż tak mocno staram się niczego nie zepsuć. Całujesz moje nagie kolano, wiesz ile kosztuje mnie to trwanie-w-bezruchu. Zlizujesz krew z moich palców. Pozwalam ci na to - wtedy, na tę krótką chwilę, przestaje wyszywać, całą uwagę przenoszę na ciebie, na twój czerwony język małego chłopca. Nie pozwolisz, by moja krew złączyła się z barwą sukni. Pamiętam, jak powiedziałeś, że moja krew złączy się jedynie z twoją i będziesz tego pilnował. Uciszanie.
Wyszywam nadal, te tajemnicze wzory, ukryte słowa, symbole magiczne, złe. Przenoszę schizofrenie na czerwony materiał, delikatnie. Podłoga zamieniła się w czarną ziemię, z której wyrastają maki. Wciąż klęczysz, nie pozwalasz, by materiał dotknął ziemi, by coś zaburzyło baśń. Piękne dźwięki wydobywają się z naszego gramofonu, a zeszyty z listami zatrzymały się na niedokończonych słowach. Cierpliwie trwasz, uśmiechasz się leciutko, patrząc na moje oczy. Widzisz w nich głosy, jest już późno, leki przestały działać. Kojąco dotykasz moje udo swoim zarośniętym policzkiem. Gdy słońce odchodzi, pomagasz mi ostrożnie przenieść suknie do starej dębowej szafy - jest bezpieczna, w nocy ochraniają ją świetliki. Kładziemy się do łóżka, które porasta mech. Skulona i otoczona twoimi ramionami - słuchamy skowytu, krzyków i jęków, przez całą noc. Rano pomagasz mi usiąść na krześle, wyciągasz suknie, wyszywam. Całe moje nagie ciało pokrywają czerwone zadrapania, nowe maleńkie siniaki. Ochraniasz. Klękasz. Pomagasz. Nie wypowiadamy do siebie ani jednego słowa. Rytuał.
Masz czarne włosy, ciemne oczy, wielkie i silne serce. Wzięłam już swoje leki, dlatego moje dłonie biorą przykład z twoich - są spokojne, cichuteńkie, niewiasta. Jest cicho, nie przeszkadzają mi żadne głosy, słychać jedynie cichy szelest przechodzącej nici przez materiał. Bicie naszego zegara. Łzy w oczach, gdyż tak mocno staram się niczego nie zepsuć. Całujesz moje nagie kolano, wiesz ile kosztuje mnie to trwanie-w-bezruchu. Zlizujesz krew z moich palców. Pozwalam ci na to - wtedy, na tę krótką chwilę, przestaje wyszywać, całą uwagę przenoszę na ciebie, na twój czerwony język małego chłopca. Nie pozwolisz, by moja krew złączyła się z barwą sukni. Pamiętam, jak powiedziałeś, że moja krew złączy się jedynie z twoją i będziesz tego pilnował. Uciszanie.
Wyszywam nadal, te tajemnicze wzory, ukryte słowa, symbole magiczne, złe. Przenoszę schizofrenie na czerwony materiał, delikatnie. Podłoga zamieniła się w czarną ziemię, z której wyrastają maki. Wciąż klęczysz, nie pozwalasz, by materiał dotknął ziemi, by coś zaburzyło baśń. Piękne dźwięki wydobywają się z naszego gramofonu, a zeszyty z listami zatrzymały się na niedokończonych słowach. Cierpliwie trwasz, uśmiechasz się leciutko, patrząc na moje oczy. Widzisz w nich głosy, jest już późno, leki przestały działać. Kojąco dotykasz moje udo swoim zarośniętym policzkiem. Gdy słońce odchodzi, pomagasz mi ostrożnie przenieść suknie do starej dębowej szafy - jest bezpieczna, w nocy ochraniają ją świetliki. Kładziemy się do łóżka, które porasta mech. Skulona i otoczona twoimi ramionami - słuchamy skowytu, krzyków i jęków, przez całą noc. Rano pomagasz mi usiąść na krześle, wyciągasz suknie, wyszywam. Całe moje nagie ciało pokrywają czerwone zadrapania, nowe maleńkie siniaki. Ochraniasz. Klękasz. Pomagasz. Nie wypowiadamy do siebie ani jednego słowa. Rytuał.
czwartek, 5 lutego 2015
05.02.15
Urodziło się we mnie coś na kształt tęsknoty, z którą bardzo nie potrafię sobie poradzić. To nowy rodzaj tęsknoty, nigdy dotąd mi nie znany, dlatego tak groźny, niebezpieczny i niepokojący. Z początku była to bezkształtna masa, pełna żalu i nienawiści. Aż któregoś dnia przerodziła się w czystą i brzydką tęsknotę. Istotnie, jest ona brzydka, nie zauważam w niej nic godnego łzy czy snów, a mimo to dostaje wszystkie te aspekty - jakim prawem? Wylewa się z niej śluz chorej kobiety, którą brutalnie zabiła jej psychoza. Możesz sobie wyobrazić, jaki to kolor - kolor przypominający klęskę, swoiste wrażenie przepaści. Czy jeszcze czytasz? A ja wciąż noszę w sobie taką tęsknotę i pozwalam, by rosła, z każdą nocą potężniejsza i dodająca do siebie nową chorobę. Ta tęsknota nie ma macek, nie ma też kłów. Posiada natomiast żyły, przeźroczyste żyły, przez które przepływają zmielone resztki pięknych wspomnień. To widzę. Zmielone resztki pięknych wspomnień, które są - co tu dużo mówić - obrzydliwe. Nie potrafię długo na nie patrzeć, gdyż wtedy zataczam się, niebezpiecznie tuląc się do ścian, z których wyrastają soczyste pnącza. Boże Mój, to zostało z naszych wspomnień, tych miłych wspomnień, których było tak niewiele. W pewien sposób chroniłam je, ale teraz już nie mam na to siły. Nie bez Ciebie, w tym momencie mojego największego wroga. Tęsknota ma też wypalone białka, oczy, które już nigdy niczego nie zobaczą. Ktoś wbił połamane, maleńkie odłamki kości w te dwie gałki oczne, które zamknęły w sobie tysiące niesamowitych obrazów. Tęsknota musi być ślepa, bo tego boję się najbardziej w swoim życiu, dlatego ona musi być tak pokaleczona. Musi. To nasza tęsknota, nasz defekt, coś czego oboje się brzydzimy. Tęsknota ma nas obrzydzać, nie odpychaj mnie.
Ślub. Dziś śnił mi się nasz ślub. Obudziłam się mocno ściskając w prawej dłoni kawałek kołdry. Jeszcze czuję ból w kościach i krwi, gdy ruszam połamaną ręką. To Ty mi ją połamałeś, śmiejąc się z moich urojeń. Jak mogłeś? A ja uszyłam na nasz Wielki Czas suknie. Była piękna, utkana z moich łez i baśni. A Ty ją zniszczyłeś. Jej strzępki wiszą w szafie, śmierdzą, rozpadają się, bolą.
Wymazuję każdy Twój ślad ze swojego życia, jednak na razie nie przynosi to pożądanych skutków. Jeszcze jest za wcześnie, ale wyrok już zapadł i to boli najbardziej. I ta cisza, co rozsadza myśli w głowie. Ksiądz przychodzi zawsze w nocy, a potem odprawia egzorcyzmy nad moim łóżkiem, kiedy leżę skulona, obrócona do ściany, na której rośnie piękny zdrowy mech. Leśnie. Czuję tylko warczenie bestii i już wiem, że nie wypuści mnie ona z obłędu. Nie wyprowadzi.
"Przebić się przez obłęd do sensu"
Edward Stachura "Dzienniki. Zeszyty podróżne 1"
Ślub. Dziś śnił mi się nasz ślub. Obudziłam się mocno ściskając w prawej dłoni kawałek kołdry. Jeszcze czuję ból w kościach i krwi, gdy ruszam połamaną ręką. To Ty mi ją połamałeś, śmiejąc się z moich urojeń. Jak mogłeś? A ja uszyłam na nasz Wielki Czas suknie. Była piękna, utkana z moich łez i baśni. A Ty ją zniszczyłeś. Jej strzępki wiszą w szafie, śmierdzą, rozpadają się, bolą.
Wymazuję każdy Twój ślad ze swojego życia, jednak na razie nie przynosi to pożądanych skutków. Jeszcze jest za wcześnie, ale wyrok już zapadł i to boli najbardziej. I ta cisza, co rozsadza myśli w głowie. Ksiądz przychodzi zawsze w nocy, a potem odprawia egzorcyzmy nad moim łóżkiem, kiedy leżę skulona, obrócona do ściany, na której rośnie piękny zdrowy mech. Leśnie. Czuję tylko warczenie bestii i już wiem, że nie wypuści mnie ona z obłędu. Nie wyprowadzi.
"Przebić się przez obłęd do sensu"
Edward Stachura "Dzienniki. Zeszyty podróżne 1"
wtorek, 3 lutego 2015
03.02.15
Tej nocy było bardzo głośno. Wszystkie potwory ukazały się w jednej chwili. Nagle, tuż po niepokojącej ciszy, rozpętała się cała plątanina słów i krzyków. Ale najgorsze są szepty. Najgorsze to zawsze są szepty. Wplątały się we włosy, rozerwały powieki i wypaliły białka, a potem śmiały się, że przejęły władzę nad moim spojrzeniem. Że już nigdy nie zobaczę, że nigdy nie napiszę.
Potem zaczęły opowiadać. Nigdy nie powtórzę ich słów.
Tej nocy było bardzo głośno.
Zapowiada się równie głośny dzień.
Potem zaczęły opowiadać. Nigdy nie powtórzę ich słów.
Tej nocy było bardzo głośno.
Zapowiada się równie głośny dzień.
poniedziałek, 2 lutego 2015
02.02.15
Nie zamykam oczu. Nie mogę tego zrobić, bo gdy zamknę, momentalnie usypiam i znowu pojawiają się koszmary. Całe zło, jakie rozpasło się we mnie, rozbłyska, rozchodzi się i szczypie. Nie zamykam oczu, nie potrafię. Bo gdy to zrobię, natychmiast słyszę krzyki i skrobanie pazurów w drzwi, wycie, spluwanie, charczenie - ktoś się nieustannie dusi, ktoś stara się wyciągnąć coś ze swojego wnętrza - nieudolnie. Nie zamykam oczu, nie pozwalają mi.
Pootwierałam wszystkie pudełka z puklami włosów ludzi mi nieznanych. Pukle włosów są pięknie zawiązane wstążkami i nićmi. Pachną szeptem i baśnią, którą szybko spisuje na kartkach dziennika, póki historia jest taka żywa, taka świeża. Lśniące.
Przyszła, smutna i zimna, z opowieścią na rozgrzanych rozchylonych ustach.
Pozwoliłam jej mówić, pozwoliłam jej wziąć moje włosy i zaplatać je delikatnie w czarną koronkową wstążkę. To ją uspokaja, to daje jej czas między którym sama zanika, i gdy skończy już robić żywe skręcone gniazdo na mojej głowie, pustka.
Kawałek wstążki opada na ramiona, łaskocze szyje. Skręca się tak, jak moje włosy, tworząc żywe skrzydło kruka. Boleść i skrzek.
A potem pamiętamy tylko dotyk rozpalonych pazurów i to, jak całowała mój kark, jak zamieniała się w ptaka i mnie kazała zrobić to samo. Czarne skrzydła z naszych nagich pleców. Wielki kufer, do którego w pośpiechu wrzucamy swoje ubrania, odsłaniamy nagie miejsca do pocałunków. Pozwalam jej zrobić na moim ciele nową bliznę, pozwalam jej na to.
Czasami nawet splatamy się w każdym miejscu ciała.
Głosy. Wszędzie głosy. Nie pomaga gryzienie swoich dłoni. Wszędzie głosy.
Pootwierałam wszystkie pudełka z puklami włosów ludzi mi nieznanych. Pukle włosów są pięknie zawiązane wstążkami i nićmi. Pachną szeptem i baśnią, którą szybko spisuje na kartkach dziennika, póki historia jest taka żywa, taka świeża. Lśniące.
Przyszła, smutna i zimna, z opowieścią na rozgrzanych rozchylonych ustach.
Pozwoliłam jej mówić, pozwoliłam jej wziąć moje włosy i zaplatać je delikatnie w czarną koronkową wstążkę. To ją uspokaja, to daje jej czas między którym sama zanika, i gdy skończy już robić żywe skręcone gniazdo na mojej głowie, pustka.
Kawałek wstążki opada na ramiona, łaskocze szyje. Skręca się tak, jak moje włosy, tworząc żywe skrzydło kruka. Boleść i skrzek.
A potem pamiętamy tylko dotyk rozpalonych pazurów i to, jak całowała mój kark, jak zamieniała się w ptaka i mnie kazała zrobić to samo. Czarne skrzydła z naszych nagich pleców. Wielki kufer, do którego w pośpiechu wrzucamy swoje ubrania, odsłaniamy nagie miejsca do pocałunków. Pozwalam jej zrobić na moim ciele nową bliznę, pozwalam jej na to.
Czasami nawet splatamy się w każdym miejscu ciała.
Głosy. Wszędzie głosy. Nie pomaga gryzienie swoich dłoni. Wszędzie głosy.
niedziela, 1 lutego 2015
01.02.15
Dzisiaj jest bardzo głośny dzień. Nie potrafię odpędzić się od głosów, które potrafią rozszarpać każdą moją nową, samodzielną myśl. Łapię motyle, szybciutko zamykam je w swoich dłoniach i proszę je szeptem o pomoc. Piszczą, kiedy zapomnę się i zbyt mocno stworzę dla nich azyl w uścisku.
Staram się nie drapać, ale to stało się w pewnym stopniu moją formą stresu, tak jak nabije siniaków. Nie wiem, skąd się biorą, ale powstają zawsze wtedy, gdy jest ciemno. Pod skórą wypuszczają swoje soki, by z pierwszą szarą poświatą budzącego się dnia, uwolnić cały swój jad, bym zobaczyła, że tak naprawdę nie panuje nad tym, co dzieje się z moim ciałem i z duszą w tym zniewolonym ciele. Najboleśniejszy rozkwita na prawym ramieniu, rozlany, niekształtny, mający kolor starej i chorej krwi z drobinkami cierni.
Rozpuszczanie się.
Ćwiczę swoją pamięć jak tylko mogę, ale najłatwiej jest mi zapamiętać te wszystkie koszmary, jakie dochodzą do głosu w nocy, w najstraszniejszej godzinie.
Od kilku nocy śnią mi się koszmary.
Zawsze są tak przeraźliwie realne i szczegółowe.
Mają mnóstwo wyraźnych szczegółów, nic nie może zostać pominięte.
W każdym ujawnia się przerażający krzyk, ale nigdy nie wiem, z czyjego gardła się wydobywa.
Gdy tylko wycieka temat choroby, szybko chowam się za zasłoną włosów, spuszczam w dół oczy, by rzęsy przykryły cały ich smutek. Nie-możność, nie-uchwytność, nie-uchronny rytuał.
Ile osób noszę w swoim ciele?
Staram się nie drapać, ale to stało się w pewnym stopniu moją formą stresu, tak jak nabije siniaków. Nie wiem, skąd się biorą, ale powstają zawsze wtedy, gdy jest ciemno. Pod skórą wypuszczają swoje soki, by z pierwszą szarą poświatą budzącego się dnia, uwolnić cały swój jad, bym zobaczyła, że tak naprawdę nie panuje nad tym, co dzieje się z moim ciałem i z duszą w tym zniewolonym ciele. Najboleśniejszy rozkwita na prawym ramieniu, rozlany, niekształtny, mający kolor starej i chorej krwi z drobinkami cierni.
Rozpuszczanie się.
Ćwiczę swoją pamięć jak tylko mogę, ale najłatwiej jest mi zapamiętać te wszystkie koszmary, jakie dochodzą do głosu w nocy, w najstraszniejszej godzinie.
Od kilku nocy śnią mi się koszmary.
Zawsze są tak przeraźliwie realne i szczegółowe.
Mają mnóstwo wyraźnych szczegółów, nic nie może zostać pominięte.
W każdym ujawnia się przerażający krzyk, ale nigdy nie wiem, z czyjego gardła się wydobywa.
Gdy tylko wycieka temat choroby, szybko chowam się za zasłoną włosów, spuszczam w dół oczy, by rzęsy przykryły cały ich smutek. Nie-możność, nie-uchwytność, nie-uchronny rytuał.
Ile osób noszę w swoim ciele?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



