czwartek, 28 czerwca 2012

28.06.12

Cóż, ten dzień zaczyna się całkiem nieźle. Zarobiłam... 15.50zł ^^ Nie narzekam, bo teraz mam 30zł i jeszcze troszkę, a jak zwykle zresztą, wydam to na jakąś książkę. No cóż.
W domu płacz, wrzaski, zgrzytanie zębami, a ja zamykam się w swoim pokoju i na to leje. Nie moja wina, że ta rodzina nie potrafi przeżyć od kłótni choćby jednego dnia. No więc niech i tak będzie.
Czy błędem będzie, jeśli zaszufladkuję ten dzień do dnia w miarę okej? No na razie niczego szufladkować nie będę, bo to jednak za wcześnie.
Dosłownie parę sekund temu wrócił ojciec - ten dzień jednak będzie do bani. O żesz w dupę.
M<33
Nawet śmierć nas nie rozłączy.

A gdyby tak moja śmierć wyglądała inaczej, niż w poprzednim wpisie? Może zrobię to całkiem inaczej? Może po prostu zdobędę się na odwagę i, po paru wdechach, myślach, że dasz radę, uda się!, po prostu wejdę pod nadjeżdżający samochód? Może zrobię to nawet z uśmiechem? Może zginę śmiercią natychmiastową, o ile samochód będzie jechał w miarę szybko? Skłamałabym, jeślibym powiedziała, że tego nie chcę. Oby. A może wjadę na wieżowiec gdzieś w środku Krakowa, by popatrzeć przed śmiercią na to piękne miasto i po prostu skoczę? A jeślibym to wybrała i skoczyła, to czy w połowie drogi na dół, czy rozmyśliłabym się? Boje się, że tak, ale jeśli mam silną wole, a mam, to wytrzymałabym do końca te parę sekund. Spadając na dół myślałabym tylko i wyłącznie o M.. Bo Ona jest warta każdego grzechu i każdej chwili. Myślałabym pewnie też o swoim życiu, co nareszcie zostawię, a co szkoda mi będzie. Obym upadła tak, bym złamała kark. Nie wiem dlaczego, ale tak bym wolała. Oczywiście upadek z tak wysoka musi się skończyć śmiercią, ale jest coś niesamowitego w odgłosie łamanej kości. Moja śmierć nie musi być widowiskowa ani spektakularna. Ona po prostu musi być i tyle będzie mi wystarczyło. Mam szczerą nadzieję, że nikt nie będzie próbował mnie ratować, ani plotkować na temat mojego odejścia, choć plotki dla niektórych są jak afrodyzjak. Cudownie. Ale to nie jest tak, że chcę skończyć ze sobą teraz, w tym momencie, w najbliższym czasie. Chce dożyć chociaż dwudziestu trzech lat. To nic, że to życie mnie nie ciszy, ale chcę dożyć chociaż tyle. Potem się zobaczy. Oczywiście śmierć może przyjść po mnie w każdej chwili i o każdym czasie ale dobrze mieć plany na przyszłość prawda?

Chciałabym być psychologiem. Może psychiatrą... Tyle razy zmieniałam plany na zawód, ale niczego nie jestem tak pewna jak tego, że chcę by którymś z tych. Kiedy powiedziałam o tym znajomej, ona na to chcesz pracować ze świrami? Chcę. Fascynują mnie aczkolwiek również przerażają. Jedno z drugiem się pięknie łączy i z chęcią poznam co siedzi w ich głowach. Jednakże taka praca męczy, a ja nie wiem, czy dam radę, dlatego właśnie jest też droga w bok - psycholog. Niewiele się różnią tak naprawdę, ale jedno i drugie mnie przyciąga. Ostatnio żartowałam z E. że będę psychologiem strzygą, będę psycholożką duchów. Bardzo śmieszne. Ona - strzyga malarka. Idealnie się dobrałyśmy pod tymi względami. Mam malutkie plany na przyszłość. Zamieszkam sama, może. Będę miała piękne duże mieszkanie, jeśli nie domek jednorodzinny. Nie boję się jak inni mieszkać sama w takim domku, przy lesie... To moje marzenie. Z dala od miasta, gdzie każdy na każdego patrzy spod byka i nie pomoże, chyba, ze koniecznie będzie musiał. Tak bardzo bym chciała mieć kotka i psa, i papugę. Mieć kominek, fotel bujany, własny piękny pokój z wiszącym łóżkiem. Widok na góry i na las. Mieć miłych sąsiadów, którzy zawsze służą pomocą nie z konieczności a z dobra i z chęci. Mieć wielką bibliotekę w domu, i całą zapełnioną książkami. Książki będą walać się po domu wszędzie. Będą ułożone na podłodze w stosiki, jeśli zabraknie miejsca dla nich w bibliotece domowej. Tak bardzo bym chciała, by moja przyszłość była jasna, prosta, ociekająca powodzeniami i szczęściem. Ale chcieć, nie znaczy móc, nie znaczy, że tak będzie...

Zgubiłam się w plątaninie własnych długich włosów. Otulają mnie i wydzielają piękny zapach, nie żadnego szamponu, a życia. Szeptają do mnie wszystkie moje grzechy, ale ich nie ucinam. Dobrze wiem, że każdy grzech obróci się przeciwko mnie.

Nihilizm.
Hm...
Widzę swoje kości, swoje mięśnie, swoje nerwy.
Widze wszystko bardzo wyraźnie, bo nic się przede mną mojego nie ukryje.
Próbuję wydrapać swoje oczy, by zaniemóc.
Ale wszystko staje się tak wyraźne, że upadam w nicość.
W życie.

środa, 27 czerwca 2012

27.06.12

To chyba nie będzie ani trochę udany dzień. Zważywszy na to, jak się zaczął, po prostu chyba nie może być lepiej, choć z drugiej strony nie może być już gorzej. To, że pewna sprawa została wyjaśniona, to plus. Natomiast oczywiście inne osoby, musiały mnie wewnętrznie zniszczyć i jest mi bezdennie smutno. Mam ochotę podtopić się własnymi łzami, poddusić się swoimi włosami i zadrapać się obciętymi paznokciami. Nie potrafię racjonalnie myśleć, ani tak, ani siak. Nie wychodzi mi czytanie, bo choć przeczytałam w najbliższym czasie dwie książki, ta, która teraz czytam mi nie idzie. Próbowałam się dzisiaj wyspać, ale guzik z tego wyszło. Próbowałam zacząć ten dzień od wstania prawą noga, ale zaczął się okropnie póki wstałam. Więc nic dziwnego, że jest, jak jest. Prawda?
M <333

Każdy z nas, ma jakiś sekret. Prawda jest taka, choć może i trochę bolesna, że każdy przed każdym skrywa pewien sekret. Jeden sekrecik. Cóż znaczy taki jeden mały sekret, na tle innych, już zdradzonych? Chyba nic. Chyba to dopuszczalne. Nie ma w tym chyba niczego złego. Możemy chyba odetchnąć z ulgą, bo tak chyba można. Tym chyba nikogo nie ranimy. Możemy chyba tak żyć. Nikt przy tym chyba nie cierpi. Bo takie jest chyba nasze prawo. Sama nie wiem. A szkoda, że nie jestem tak niczego pewna, jak tego, że każdy z nas skrywa przed każdym jakiś sekret. To jest oczywiste w swej nie oczywistości. A ostrożności nigdy za wiele, prawda? Chyba tak.
Bawię się puklem swoich włosów, i zastanawiam się nad tym, co będę robiła w swoim życiu w przyszłości. Nie chodzi mi o dzień dzisiejszy. Chodzi mi o moją dalszą przyszłość, tego, co będę robiła za, powiedzmy, 5 lat? Nie mam pojęcia, bo tak naprawdę to nie widzę i nie potrafię sobie wyobrazić własnej przyszłości tak daleko. Mogę wyobrazić sobie, co będę robiła jutro, jakie pierdoły mi przyjdą do głowy, ale tego, jak pokieruje swoje życie - to jest jedna wielka niewiadoma. I nic z tym nie potrafię zrobić, bo to okropna jedna wielka niewiadoma, która wyżera ze mnie całą energie życiową, powodując paniczny lęk. Co ja mam robić? Czy popełnię olbrzymi błąd, który doprowadzi do tego, że ze swojego życia zrobię gówno? Czy będę musiała stanąć pod taką decyzją, która będzie miała radykalny wpływ na moje życie? Czy dobrze wybiorę? Czy będą mnie otaczać najbliżsi czy może odejdą? Swoją przyszłość widzę tak: samotna 23latka. Dlaczego 23lat? Bo pewnie tyle zdołam przeżyć, nim się zabiję. W dniu, kiedy wszystko stanie się dla mnie boleśnie jasne, że nie mam nikogo a moje życie to jedno wielkie bagno - postanowię się zabić, bo dalsza egzystencja nie będzie miała dla mnie sensu. Pewnie nie będę myślała o tym, że samobójcy idą prosto do piekła, jak to powtarzano mi od dzieciństwa. Choć może będę się nad tym zastanawiała przez ułamek sekundy, ale potem szybko o tym zapomnę, skupiając się na śmierci. Moją śmierć wyobrażam sobie bezbolesną, bo nie chcę czuć niczego. Chcę odpłynąć w błogi sen. Więc wybieram leki. Połykam wszystkie jakie mam, popijam alkoholem i czekam płacząc. Chcę płakać, bo moje oczy tylko tego będą potrzebowały. Będę patrzyła się w sufit, o ile będę miała jakiś dach nad głową. Będę ściskała w ręce misia, którego nigdy, prze nigdy nie wyrzucę. Będę się uśmiechać płacząc, ale ten uśmiech będzie spowodowany myśleniem i o najważniejszej osobie, i o tym, że już za niedługo skończy się moje beznadziejne życie. Choć jest duże prawdopodobieństwo, że wybiorę do tego czasu boleśniejszą śmierć, to póki co tak to sobie wyobrażam. Nikt mnie nie ratuję, bo nikogo nie mam. Jestem samotna, głupia, beznadziejna. W końcu zasypiam na wieczność. Dopiero po kilku dniach zaniepokojeni sąsiedzi tym odorem wzywają policje, która wywarza drzwi i mnie odnajduje. Przykładają swoje dłonie czy jakieś szmatki do nosa, by nie wdychać tego zapachu śmierci, sąsiedzi się żegnają, w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen. Karetka, kostnica, koniec a zarazem początek gdzieś indziej, gdzieś zupełnie indziej byle nie na tym cholernym świecie.

Dzień będzie nocą, póki nie przybędziesz, noc dniem, gdy we śnie ze mną znowu będziesz.


Słowo na Ś.
Moja malutka...
Uciekam z tego świata, z tego kraju, z tego życia szalonym pociągiem śmierci.
Nie boje się, bo wiem, że kiedy dojadę na miejsce, będzie tylko jasność, a nie ciemność jak do tej pory.
Będzie dobrze.
Nie płacz.
Ja nie odchodzę, ja tylko przenoszę się do lepszego teraz.

wtorek, 26 czerwca 2012

26.06.12

No i zaczęły mi się wakacje. Cieszy mnie ten fakt, mimo, że nie dostanę po raz pierwszy świadectwa. Ale to nic. To naprawdę nic.
Nie wiem dlaczego, ale jest mi przeraźliwie smutno. Tak smutno, że spływające łzy, które więżę w swoich oczach, nie są wystarczającym rozwiązaniem i oddaniem smutku. Ale przecież łzy to nie rozwiązanie, to tylko pozbycie się w jednej czwartej toksycznych substancji sprawiających, że człowiekowi odechciewa się żyć.
Niedawno pewna dobra znajoma (Mo. <3) zapytała się, co sądzę o pewnym jej wpisie. Wpis dotyczył braku cierpienia w życiu i co się z tym wiążę. Wg niej, bez cierpienia byłoby o wiele lepiej. A wg mnie kolorowo znowusz by tak nie było - zgadzamy się oby dwie. Po prostu bez cierpienia życie nie miałoby głębszego sensu. Dopóki cierpienie istnieje, dopóty możemy zakładać, że życie, to nie tylko narodzenie się i umieranie. Podobno cierpienie czegoś nas uczy. Otóż tak właśnie jest. Możemy obwiniać każdego o nasz ciężki los, ale to przecież my mamy nad nim władzę, tylko w bardzo wielu przypadkach o tym zapominamy. Bez cierpienia nasze charaktery i psychika byłyby niczym, w porównaniu z tym, jakie są z bólem. Cierpienie umacnia naszą psychikę, buduje nasz charakter na nowo, ostrzega nas i dzięki temu jesteśmy ostrożniejsi, wiemy, co życie może nam zgotować i właśnie dzięki temu, by żyć w jak najmniejszym cierpieniu, zaczynamy inaczej poznawać życie i to, co w nim zawarte. Bez łez, bez smutku i bólu bylibyśmy istotami całkowicie nie obeznanym w prawdziwym życiu - taka jest prawda nawet, jeśli w nią nie do końca wierzymy.
M <333

Cierpienie ma głębszy sens. I jest poniekąd potrzebne. Oczywiście w nadmiernych ilościach często obwiniamy o to Boga. Zakładając, że wierzysz, możesz myśleć w ten sposób: jeżeli Bóg godzi się na moje cierpienie, to oznacza, że w życiu po śmierci będzie mi to wynagrodzone. To oznacza, że ma wobec mnie jakiś plan. Myśląc w ten sposób możemy uchronić się przed całkowitą depresją. Oczywiście takie rozumowanie nie jest łatwe, dlatego nie każdy tak potrafi. Ale to nie oznacza, że takie coś jest niemożliwe. Jeśli człowiek czegoś bardzo chce, to potrafi i tego się należy trzymać, bo to potrafi bardzo umocnić człowieka i jego psychikę. Po prostu trzeba w siebie uwierzyć, co jest chyba najtrudniejszą rzeczą na świecie, ale, jak już mówiłam, nie niemożliwe.

M. - dziękuje Ci za ten piękny związek, który rozkwita dzień po dniu, w którym kocham cię z każdą chwilą coraz bardziej. Dziękuję, że wytrzymujesz ze mną, chociaż ja ze sobą wgl nie potrafię. Dziękuje, że jesteś taka wyrozumiała. Dziękuje, że rozumiesz mnie a przynajmniej się starasz. Dziękuję, że nie zostawiłaś mnie, chociaż z milion razy miałaś do tego powód i możliwość. Dziękuję, że starasz się mnie rozśmieszyć i dziękuję, że mnie kochasz. Dziękuję Ci, za Twoją miłość, która jest najlepszym co mnie w życiu spotkało. Kocham Cię Maleńka <333


Dzisiaj planuje odwiedzić jedną bibliotekę. W sumie szczerze mówiąc nie chcę mi się, ale jednak pójdę, bo nie wiem, co ze sobą zrobić. Chciałam iść do oby dwóch bibliotek, ale E. dzisiaj ma lekcje, więc wybiorę się do tej bliżej. Też fajnie... Chyba że nagle natchnie mnie ochota na odwiedzenie oby dwóch, ale coś powątpiewam w swe możliwości dzisiaj.
Mam mokra skarpetkę, bo ktoś rozlał wodę w łazience. Mam nadzieje, że to była woda.


dusze się w swoim ciele. W tej skórze, która oplata moje kości, która więzi moją duszę. Która więzi prawdziwą mnie, tą, która chce się uwolnić w ostatnich chwilach coraz bardziej. Przepraszam Cię ciało, przepraszam Cię duszo, przepraszam Was, kości, przepraszam całą siebie, bo nie potrafię się ze sobą pogodzić.

Normalnie.
Nie wyrabiam.
Czasami budzę się w trumnie, z własnymi zwłokami obok.
Wyszłam ze swojego ciała, i obserwuje je, jak rozkłada się dzień po dniu coraz bardziej.
Nie odstrasza mnie ten smród. Smród śmierci. 
Nie obchodzi mnie, że gniję, że już nigdy nie będę w tym ciele.
Ja się uśmiecham, bo nareszcie je porzuciłam.
Ja się uśmiecham...

niedziela, 24 czerwca 2012

24.06.12

Tak bardzo boli mnie głowa, że aż nie wiem co się dzieje. Stojąc w kościele czułam, jak opuszczały mnie siły i jak serce szybko bije. Myślałam, że osunę się na ziemie, i doprawdy nie wiem, co się dzieje, przecież zjadłam śniadanie, więc raczej z niedostarczenia organizmowi energii nie mogło być to spowodowane. Więc dlaczego? Leki przepisane przez panią doktor nie działają. Te na noc, owszem, ale te na dzień nie spełniają swojej roli. Niestety.
M<333

Tak bardzo chciałabym poruszyć tematy zakazane. Unieść się ponad wszystko co oddziela mnie od szczęścia i z dumą pokazać światu, że potrafię. Że mogę i że chcę. Chciałabym uśmiechnąć się do jądra ziemi i powiedzieć wygrałam. Tak bardzo bym chciała, by to wszystko, co nieszczęśliwe, obróciło się w proch razem z tym, co niemożliwe. Lecz niestety za każdym razem, kiedy mam siłę, by oderwać się od ziemi, coś, a może ktoś(?) łapie mnie za nogę i ciągnie w dół, następnie chwyta moje skrzydła i wyrywa brutalnie z nich pióra, mówiąc przy tym tak będzie dla ciebie lepiej. Komu mam wierzyć? A może o to właśnie chodzi - by nie wierzyć nikomu, bo każdy chce mojego upadku? Czy to o to chodzi? Żebym zawsze uważała komu powierzam najmniejszą uwagę? Tak, to chyba prawda. W małym zawsze coś wielkiego się kryje. I mimo, że przeważnie nie chcemy ujrzeć światełka w małych rzeczach, to ono nas widzi i nie opuszcza. Próbuje zwrócić na siebie uwagę wszelkimi możliwymi sposobami i mimo, że to nie jest wcale takie znowu łatwe, to próbuje. Dla nas.

Cóż z tego, że w moim życiu nie widzie się tak, jak powinno. Cóż z tego, ze popełniam czasami, ale najczęściej, błędy niewybaczalne? Cóż z tego, że czasami staję przed lustrem i oglądam siebie od stóp aż do głowy a na końcu stwierdzam, iż jestem beznadziejnie beznadziejna? To nic. To naprawdę nic. Jeżeli są przy mnie ludzie, którzy kochają mnie szczerą miłością, to takie rzeczy są dla mnie zupełnie niczym, choć w pewnym stopniu oddziałują na mój humor czy psychikę. Ale to nic. (M<3 O<3 M<3) - więcej ludzi nie potrzebuje, jak mam Was.

Dzisiaj w planach:

  • zjeść obiad,
  • poczytać,
  • pojechać do Wieliczki na imieniny cioci (-.-)
  • wrócić,
  • być może znowu poczytać tą hałowatą książkę,
  • pójść do spania i przygotować się na ostatni dzień w szkolę (wtorek robię sobie jednak wolne)
Czasami ból rozsadza mi głowę. Czasami cierpienie rozwala me serce. Mimo tego wciąż żyje.
Cierniem żelaznej ręki, wtłaczam w swe ciało twoją krew. Szkarłatna ciecz wypływa moimi ustami, uszami, oczami a nawet sercem - ale warto.

Nienawidzę.
Tego stanu, kiedy coś, ale nie wiem co, rozwala moje wnętrzności w drobny mak.
Najmniejsza tajemnica, potrafi sprawić, że nie pozostaje cień nadziei na lepsze dziś,
na lepsze jutro, na lepszą wieczność.
Co mi powiesz moja mała? 
Czy powierzysz mi tą tajemnice, bym zniszczyła swoje życie?

sobota, 23 czerwca 2012

23.06.12*

Miałam dzisiaj piękne parcie na odbyt. Taa, myślałam, że się zesram, ale na całe szczęście łazienka się zwolniła. To chyba przez to, że zjadłam dzisiaj praktycznie całą czekoladę i trzy pączki... Strasznie dużo, przez to teraz panikuje, ale to nic. W sumie już za tydzień zaczynam jazdę na rowerze. Jak to planuje zrobić? Och, po prostu będę wstawała o 6 by uniknąć ludzi i gorąca i będę jeździła. Planuje pojeździć trochę po AWF-ie, ale co z tego wyjdzie to na razie nie wiem. Mam nadzieje, że coś.

Jem sałatkę warzywną, która wyszła C.A. po prostu bosko. Jutro ponoć jadę do Wieliczki na imieniny cioci E.. Tak mi się nie chcę, że zaraz zwariuję. A już na pewno zwariuję, jeśli nie przestanie boleć mnie raz prawy raz lewy bok i to tak okropnie mocno.

Czasami wpatruję się w swoje linie papilarne, i staram się coś z nich oczytać. Jak dotąd nie odczytałam niczego, co by mogło mi się przydać w życiu. Ale wiem jedno - nie jestem żadnym aniołem, bo anioły, podobno, nie posiadają linii papilarnych, tak więc utwierdzam się w przekonaniu, że niestety jestem tylko i wyłącznie marnym człowiekiem, który siebie nienawidzi.

To nie jest tak, że nienawidzę siebie tylko dlatego, że jestem człowiekiem. Nienawidze się dlatego, że jestem taka beznadziejna w tym co robię i w tym, jak żyję, jakie podejmuje decyzję, jak oddycham i jak rozumuję. Jestem po prostu wybrykiem natury, bo nie znam równie beznadziejnej osoby co ja. Jakież to szczęście, że mam parę najlepszych osób na świecie, które kochają mnie tak, jakbym chciała być kochana.
Mówię 'do widzenia', bo 'żegnaj' nie daje możliwości powrotu.

Kurde, czy mnie kiedyś przestanie być smutno? No pytam się... Moje kąciki ust ciągle są na dole. Ciągle. Ciągle.
Tak chyba nie powinno być???

Tata się ucieszył - czekolada zeżarta - pogodzona - mogę umrzeć.
Książka się rozkręca, choć nie powala mnie ani szczerze mówiąc nie zaciekawia. Nie wiem jak dojdę do końca, o ile wgl.

Marzenia.
One również zniknęły.


Jestem jak ta błyskawica.
Pojawiam się i znikam.
Tylko jeśli się pojawiam, to nieoczekiwanie, raz na jakiś czas, bardzo rzadko, 
dzięki czemu jestem podobno taka... wyjątkowa.
Dziękuję.

23.06.12

Mam szczerze w dupie co się z kim dzieje, kto z kim się kocha, kto z kim się nie kocha, kto przez kogo jest maltretowany, kto kogo bije, kto kogo nienawidzi, kto kogo kocha, kto z kim obsmarowuje się błotem, kto z kim kogo obgaduje, co się komuś śni, kto nie lubi kogoś, kto nie lubi jakiejś potrawy, kto z kim się pocałował, kto komu podstawił nogę, kto jakie ma cholernie niesprawiedliwe życie, itede itepe.
Mam to po prostu w dupie. Miejcie sobie takie a nie inne kłopoty, bo jak nic z nimi nie robicie, to już nie moja wina, więc czego ode mnie oczekujecie? Wygadania się? Proszę bardzo, ale tylko tego, bo ja nie jestem jakimś pieprzonym mistrzem Joda, który na wszystko zna odpowiedź i wszystkim z chęcią pomoże! Czasami mam dosyć tego, że oczekujecie ode mnie niemożliwego. A ja was tak bardzo nie chcę zawieść, że katuje się tym wszystkim, jakby to mnie dotyczyły wasze problemy. Ale tak naprawdę nie o tym chciałam tu pisać. Odbiegłam chyba całkowicie od tematu, bo przecież tak na dobrą sprawę, to z chęcią was wysłucham, i z chęcią będę szukała jakiegoś rozwiązania, ale proszę tylko o jedno: nie oczekujcie ode mnie niemożliwego. Tylko tyle, a dla mnie tak wiele. Ja jestem tylko człowiekiem - hasło powtarzane przeze mnie było tu już wielokrotnie, ale w nim zawarta jest cała prawda. Jestem tylko człowiekiem, więc nie zrobie nic ponad moje możliwości. Gdybym była czymś więcej, niż tylko człowiekiem, to starałabym się jakoś bardziej wam pomóc, ale jestem nim i tylko nim, i dlatego jestem beznadziejna w sprawach, kiedy oczekujecie ode mnie pomocy.

Zastanawiałam się ostatnio, po co są gołębie? Tak naprawdę zupełnie nie wiem. Przecież brzydkie toto, śmierdzące toto, srające po wszystkim toto, gruchające toto, leniwe jak 100x takich jak ja toto - żadnego z niego pożytku. Tylko wiecznie sra i żebrze żarcia.
A na co komu pająki? Po co są te obrzydlistwa na tym świecie? Większość z nich potrafi zabić człowieka, a oprócz tego tylko spuszczają się po sieci, składają jajka, łażą, są obrzydliwe, tkają te wstrętne sieci gdzie popadnie.
Tata opowiadał mi, że kiedy miał około 20 lat, czy może nawet więcej, i chodził do pracy, to znał tam takiego chłopaka, który jadł żywe ślimaki i żywe pająki. Tak po prostu. Był jakiś chory na głowę - to oczywiste, ale żeby jeść te paskudztwa?! Że niby po co. Ja nie rozumiem tych wszystkich ludzi. To okropne, co zrypana psychika może zrobić z początkowo normalnym człowiekiem.

Dzień nawet się porządnie nie zaczął, a ja już błagam, by jak najszybciej się skończył. Kompletnie nie mam na nic siły, mam wielką ochotę na coś słodkiego, a przecież zjadłam wczoraj resztki czekolady... Dzisiaj Dzień Ojca, dam Mu czekoladę, którą może On da mnie, bo przecież On za czekoladami nie przepada... Marne szanse tak naprawdę, ale może da *.*

Nie ważne.
Życie to coś, czego należy się bać.

Rozkładam skrzydła, i staram się odlecieć jak najdalej stąd.
Patrząc na bieg czasu ciągle stoję w jednym i tym samym miejscu,
ale już o niebo silniejsza niż poprzednim razem.
Czuję, że mam siłę, by wprawić w ruch moje skrzydła i wreszcie wzbić się w powietrze.
Lecz kiedy spróbuje po raz pierwszy, muszę Ci powiedzieć...
Że tak naprawdę całą sobą Cię kochałam.

czwartek, 21 czerwca 2012

21.06.12

W dalszym ciągu jest gorąco, choć dzisiaj rano było mi zimno, że momentami trzęsłam się nawet pod kołdrą. Może będzie padać, bo nareszcie wieje wiatr, a nad moim blokiem zwisła ciemna chmura. Może coś z niej poleci, było by miło...
Jeżeli istnieją ludzie, którzy tak nie lubią całej tej zakichanej polityki, to jest nimi moja rodzina. Choć oni to jeszcze coś z tego rozumieją i mają jaką taką cierpliwość, to ja w tym wymiękam całkowicie. Jeśliby komuś w przyszłości przyszło trajkotać do mnie o politykach niepoprawnych politycznie, to krzyżyk mu na drogę, bo równie dobrze mógłby blondynce wyjaśniać konstrukcje cepa.
Drogi katecheta wczoraj wkurzył się o podniesiony wiek emerytalny, ale dla mnie to tylko kolejny problem dołożony przez tych zasranych pożal się boże polityków. I tak pewnie nie dożyję emerytury, więc mi to tam rybka.
Pożeram czekoladę, i nie czuje się ani trochę winna. Rower czeka na mnie w piwnicy, i nawet mi się śni. Spokojnie rowerku, nie zapomniałam o tobie. Jak tylko zaczną się wakacje, zaczynam bladym świtem na nim jeździć. A dlaczego tak wcześnie? Bo nie lubię tych włażących pod koła... ludziów. Poza tym skoro mają być upały, to wiadomo, że rano jest najchłodniej. Ach, jestem genialna.
Pomimo tego, że nie słucham takiej muzyki, a już w szczególności nie przepadam za polską muzyką, to ta piosenka wpadła mi w ucho i uważam, że jest naprawdę bardzo fajna. Nie powala na kolana, ale poprawia mi humor.


Bardzo chcę już wakacje. Nie wiem, dlaczego to się tak dłuży, choć pewnie nie powinnam się dziwić, bo przecież czas do wakacji zawsze niemiłosiernie trwa co najmniej tak, jakby został jeszcze miesiąc a nie 8 dni. Dla mnie 5, bo od środy już mam labę. 
Mam do przeczytania około 45 książek, z czego jestem bardzo zadowolona i nie mogę się już doczekać. Najchętniej to wykupiłabym cały Empik, no ale niestety mnie na to nie stać. Bolesna prawda. 

Przeczytałam książkę Tango ortodonto, i już tęsknie za głównym bohaterem. To czwarta część, i jak dotąd nie widzę piątej. Więc, czy to koniec zbolałego życia Rudolfa Gąbczaka? Mam szczerą nadzieje, że nie, bo przecież w dalszym ciągu nie wiem, czy zapłodnił swoją dziewczynę, czy zdobył Oskara i czy w końcu go nie fałszywie docenili.

Jest mi poniekąd smutno i sama nie wiem dlaczego. Nie, wcale nie dlatego, że nie będę widziała przez dwa calusieńkie miesiące tych wstrętnych ludzi z mojej klasy i szkoły. Z tego, to ja będę codziennie skakała z radości, choć pewnie o nich w pierwszym dniu już zapomnę. Smutno mi, bo iż ponieważ tak. Nie potrafię tego wyjaśnić słowami, ani nawet jakimkolwiek gestem. Może to za sprawą tego, że się nie wyspałam? Może to dlatego, że ojciec mnie wkurza? A może to dlatego, że rozmowy z pewnymi osobami mi nie wychodzą? Przepraszam, ale ja nie mam czasami siły.
Jutro Dzień Ojca. Jej, jak dobrze, że kupiłam już tydzień wcześniej ten prezent, bo jakiegoś lenia małego złapałam przez to gorąco. A kwiatków mu nie kupie. Na nie nie zasłużył. Na prezent zresztą też, ale aż taka chamska nie będę.

Czym Drżenie. Nie podchodzę do niej zbyt optymistycznie, bo schemat jest taki sam: wilk, dziewczyna, miłość, przeciwności, wielkie bum. 455 stron takiego pitolenia plus druga część tyle samo. W co ja się wpakowałam...
Dzisiaj wszyscy mnie wkurzają. A kysz wstrętne maszkary. Dawać mi tu wakacje.

Jestem kluczem do rozwiązania zagadki. Rozbłyskam na dnie oceanu, w tej pięknej rafie koralowej. Nikt jak dotąd mnie nie zauważył, tak więc tkwię w miękkim piasku, otulona zimną wodą, nieświadoma czyhającego na mnie zła.

Zabije cię.