Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień. Wywodzi
Z nieżywej ziemi łodygi bzu, miesza
Pamięć i pożądanie, podnieca
Gnuśne korzenie sypiąc ciepły deszcz.
Ziemia nas otulała i kryła
Ziemię śniegiem łaskawym, karmiła"
[T.S. Eliot "Ziemia jałowa" (fragment)]
Odkrywam pewne zaskakujące miejsca. Nie mają prawa istnieć, a jednak widzę je, tak jak widzę tych wszystkich smutnych ludzi. Ciężko kroczą, przez zniszczone ulice, przez coraz zieleńsze parki. Nadzy, ubrani... i ich wytarte kolory, jak gdyby natura ściągała z ubrań każdą świeżą, soczystą barwę, dla siebie. Być może znikną tak samo, jak te wszystkie odcienie, w końcu wszystko przemija i ich smutek, oni sami również. Bardzo chciałabym to zobaczyć.
Dziś na moment, trzymany przeze mnie kubek w dłoniach, zniknął, zatopił się w materii, rozkruszył się. Jak to możliwe? Był w moich dłoniach, ciepły, a w następnej chwili ceramiczne okruchy spadały na moją sukienkę, wchodziły pod paznokcie. Co się stało?
Przypominam sobie powoli miejsca, które niegdyś odwiedzałam. Chciałabym wrócić do tego ciemnego domku, do jego ścian i podłogi - to wszystko mówiło, wydawało z siebie dźwięki, wtedy należało ułożyć kołysankę, ale My nigdy tego nie potrafiliśmy. To w tamtym miejscu widziałam najpiękniej kwitnące drzewa i kwiaty. To tam widziałam najspokojniejszą zieleń. To tam, budząc się wcześnie rano, z okna swojej sypialni widziałam łąkę całą we mgle. Biała z odcieniami błękitu, pełna zjaw. To tam las po raz pierwszy opowiedział mi baśń, po raz pierwszy do mnie przemówił. To tam delektowałam się świeżym mlekiem i to tam w nocy widziałam dziwne rzeczy; grupka ludzi, starszych kobiet i mężczyzn, przy ognisku i z tajemnicą na umęczonych twarzach.
Przypominam sobie powoli miejsca, które niegdyś odwiedzałam. Ten szczególny park, gdzie wszystko zarastają nagie, stare gałęzie i pomniki wokół. Bardzo łatwo jest się tam zgubić. Dotykają cię rośliny, chcą cię złapać i przyprzeć do ziemi - pozwoliłyby, by ziemia wchłonęła cię w swój środek. Zobaczyłbyś piękne ciepłe światy. W tym parku obserwują cię popiersia, a głosy znacznie nasilają się, muszą mówić, głośno mówić - głośno i nieprzerwanie. I trzeba im na to pozwolić.
Przypominam sobie powoli miejsca, które niegdyś odwiedzałam. Teraz spotykam rzeczy, które nie należą do tego świata.
Ten tydzień będzie niesamowity. Chcę odwiedzić ten szczególny park, chcę chodzić nocą i przytrzymywać się drzew - milion wysokich filarów. Chcę poznać wiele miejsc. A potem chcę to wszystko spisać. Nasze okrutne baśnie. Intymnie.
niedziela, 19 kwietnia 2015
piątek, 17 kwietnia 2015
17.04.15
Jak można pozwalać ptakom jeść siebie tak mocno i uparcie. Przylatują małe i takie wystraszone, a ja pozwalam im schronić się w swoich włosach, wlecieć do środka w te różowe naczynia, głęboko gdzie dymi się skupisko zła. Nie wszystkie przeżywają, a są też i takie, które wylatują o wiele większe, najedzone moją wyhodowaną w słoiczku śmiercią. Tych obawiam się najbardziej.
Już od bardzo długiego czasu budzą mnie ptasie pieśni.
Kiedy wszystko dopiero jaśnieje, a moje ciało jest jeszcze przetarte w wielu miejscach.
Pościel jest taka zimna, wokół jest jeszcze dużo cieni i tych złych, i tych szkaradnych, i jeszcze wiele innych. Więc wbijam spojrzenie w ciemność, czekam.
-
Spacerowałam ostatnio po cmentarzu, w blasku słońca, które miało mleczne przebłyski. Jabłonie w tym miejscu kwitną bardzo nieśmiało, ale dostojnie. Za kilka dni pokażą swoje ukryte piękno i opowiedzą, pomogą w tym, co wytwarzają nagrobki.
Spacerowałam po cichu, bojąc się zbudzić, wywołać gniew. I w pewnym momencie wytworzyłam w głowie obraz, bardzo wyraźny i bliski. Biegłam przez las, zrywając z nóg popękane trzewiki. Ziemia lepiła się do moich bosych stóp, igliwie raniło. Upadłam między najmocniej rozwiniętymi drzewami, gdzie cienie wiją się i syczą, najbardziej właśnie tam... Przywarłam całym ciałem do pachnącej ziemi, pod którą kryły się rozbudzone robaki. (Robaki robiły w jej głowie przejścia, wyżerały drogę) Sukienka lepiła się, pomagała mi zachować swój zapach, ale w tamtym momencie nie pachniałam, oddałam się całkowicie chwili i dźwiękom w głowie. Skuliłam się, zasłoniłam twarz włosami by nie mogli zobaczyć trwogi, gryzłam ziemie, kruszyłam muszelki w dłoniach, by mogły przejść wraz ze mną. (Otoczyło ją ciepłe matczyne ciepło, jakiego nigdy wcześniej nie doznała. Spojrzenie przysłoniła ciemność, a potem ciepłe złote światło i ten dźwięk - bijące serce zwierzęcia) Leżałam w brzuchu lisa, w mięciutkim kokonie, wokół cienie otulały tylko to, co zostało z dawnych ran. Byłam bezpieczna i rozwijałam się w coś zupełnie nowego. Urodziła mnie lisica, a las przygarnął mnie do siebie.
Tak to zobaczyłam, a potem gładziłam piękne bazie przy grobie pięknej kobiety.
Słyszysz jak noc woła nas do siebie?
czwartek, 16 kwietnia 2015
16.04.15
To zawsze przychodzi właśnie wtedy. Po cichu, podpełza niczym wąż, który kusi i niszczy ostatnie zdrowe komórki w ciele. Wtedy nie chodzi o to, by bezmyślnie klepać modlitwy, przecież to nigdy nie pomaga w ten sposób, a wywołuje w nich jedynie gniew. Przeczytałam w swoim dzienniczku, że kilka dni temu nie mogłam rozmawiać z Mateńką. Pamiętam to uczucie, jak gdyby te ciemne połyskujące kamienie we mnie, rozprysły się, wybuchły - miliony małych kawałeczków, które rozprowadzają grzech, diabelska etiuda. Świeże epitafium na skórze białej jak mleko, możesz spokojnie je ze mnie spijać.
Mateńka ponownie otworzyła się na mnie i na moje, ogromne już, złe duchy lasu. Choć chyba powinnam napisać, że to ja otworzyłam się na Nią, bo uparcie wierzę, że nie jestem tak zła, by odstręczać Ją swoją duszą. Ale nadal nie odnalazłam swojego różańca.
(...) I ta potworna Wizja, w której krew spływa z transparentu, wprost pod moje bose stopy, podczas modlitwy w kościele.
-
Przyrzekliśmy sobie, że nigdy nie opowiemy nikomu innemu o tym, co wspólnie stworzyliśmy. Pamiętam jak trzęsły Ci się wtedy ręce.
Najwspanialsze ciepłe momenty na duszy, pojawiły się w dniu, w którym w końcu mogłam wysłać kilka listów. Bardzo się przed tym wzbraniałam, jakaś większa część mnie, agresywniejsza, przyciskała moje dłonie do klatki piersiowej, mocno ściskając, łamiąc wręcz wszystko to, co pod skórą ukryte. Ale wreszcie przyszedł moment ukojenia. Podzieliłam się tym, co działo się w dniu urodzin D. I chyba tylko Ty wiesz, co to oznacza - czy Ci normalni, bo przecież nie dosięgło ich to, co tak je mnie i moje oczy (ptaszki moje małe...), czy uznają te wydarzenia za przekroczenie pewnych granic? Uspokajasz i przytulasz, ale oni i tak zrobią Nam krzywdę.
(Bardzo dziękuję za tyle listów, Kochane Dusze)
Mateńka ponownie otworzyła się na mnie i na moje, ogromne już, złe duchy lasu. Choć chyba powinnam napisać, że to ja otworzyłam się na Nią, bo uparcie wierzę, że nie jestem tak zła, by odstręczać Ją swoją duszą. Ale nadal nie odnalazłam swojego różańca.
(...) I ta potworna Wizja, w której krew spływa z transparentu, wprost pod moje bose stopy, podczas modlitwy w kościele.
-
Przyrzekliśmy sobie, że nigdy nie opowiemy nikomu innemu o tym, co wspólnie stworzyliśmy. Pamiętam jak trzęsły Ci się wtedy ręce.
Najwspanialsze ciepłe momenty na duszy, pojawiły się w dniu, w którym w końcu mogłam wysłać kilka listów. Bardzo się przed tym wzbraniałam, jakaś większa część mnie, agresywniejsza, przyciskała moje dłonie do klatki piersiowej, mocno ściskając, łamiąc wręcz wszystko to, co pod skórą ukryte. Ale wreszcie przyszedł moment ukojenia. Podzieliłam się tym, co działo się w dniu urodzin D. I chyba tylko Ty wiesz, co to oznacza - czy Ci normalni, bo przecież nie dosięgło ich to, co tak je mnie i moje oczy (ptaszki moje małe...), czy uznają te wydarzenia za przekroczenie pewnych granic? Uspokajasz i przytulasz, ale oni i tak zrobią Nam krzywdę.
(Bardzo dziękuję za tyle listów, Kochane Dusze)
niedziela, 5 kwietnia 2015
05.04.15
Słyszę mechanizmy starych zabawek. Nie dociera do mnie nic, prócz ich głośnej obecności. Te piękne arcydzieła wychylają się nieśmiało zza mebli, niczym porzucone, tak mocno niechciane wspomnienia. Ćwicząc bezruch słyszę ich każdy ruch, który wyciskają z zastałych stawów. Wiem, jakie to dla nich trudne i ważne. Z początku bardzo bałam się ich modlitwy. Ale teraz pozwoliły mi zrozumieć. Myślałam, że pokazują mi się po to, bym mogła je naprawić, ale wsłuchując się w ich melodyjne prośby, wychwyciłam cichutki protest. Nie chcą utracić tego, czym się stały, nie chcą zamilknąć w pięknie, w dźwięku przyjemnym dla ucha, który nie ma śladu bólu i przeżyć. Ich maleńkie trybiki wydawały żałosne jęki, jak gdyby klątwa powoli przeżerała je dopełniając się powolutku... Narysowałam to, wyśle Ci w liście.
Ołowiany żołnierzyku, który walczyłeś za Nasze Dobre sny.
Braciszku Duszy Dobrych Ludzi
Pamiętasz to stare łoże z baldachimem? Było bardzo duże, a te cztery filary, tak wysokie i ciężkie, przypominały mi stare drzewa, w których zamieszkały driady. Usypiając w tym miejscu zawsze miałam wrażenie, że chronią mnie, że próbują wkroczyć w moje sny, gdy robi się w nich bardzo nieprzyjemnie, wręcz makabrycznie... (driady robią mocny wdech. to, co wychodzi z ich ust - ta mgiełka szarej magii - ma w sobie drobinki, pyłki trujących kwiatów. pamiętasz, jak mi to mocno, mocno pomagało?)
Pamiętasz to stare łoże z baldachimem, kryjące w sobie burzowe niebo, a kiedy czytaliśmy Muminki - las?
Musiałam rozebrać je na maleńkie części. One mi kazały, musiałam posłuchać, bo - szczerze mówiąc - sama byłam ciekawa, co konkretnie to święte miejsce kryje w głębi. Nie bój się, nie uszkodziłam drewna, mityczne stworzenia nie ucierpiały, a ja sama nabawiłam się jedynie kilku nacięć i sińców na dłoniach i szyi.
Zobaczyłam Sny, Istnienie, pierwowzór, groteskę. Ile żył może mieć nasza świątynia koszmarów? Okazuje się, że wiele, że to tak naprawdę plątanina żył we wszystkich kolorach (wyblakłych, przybrudzonych - ukazany jest tu czas). Pełno igliwia, maleńkich zaschniętych owadów i skruszonych kości naszych przodków.
Ułożyłam to wszystko w pewien schemat, położyłam się blisko tych skarbów i smakowałam zmienionego powietrza, smakowałam każdą kropelkę ich kryształowych łez. Śpiewały, śpiewały jeszcze przez długi czas.
Złożyłam świątynię - zajęło mi to dużo czasu, podczas którego śpiewałam wraz z nimi, zaśpiewam i Tobie w odpowiednim czasie.
Położyłam się, gładząc moje ukochane driady, układałam dla nich nową modlitwę.Nie dotykaj mnie. Usłyszałam dźwięk zepsutej pozytywki i to był znak. Przykryłam się mchem, zapachem lasu.
Ołowiany żołnierzyku, który walczyłeś za Nasze Dobre sny.
Braciszku Duszy Dobrych Ludzi
Pamiętasz to stare łoże z baldachimem? Było bardzo duże, a te cztery filary, tak wysokie i ciężkie, przypominały mi stare drzewa, w których zamieszkały driady. Usypiając w tym miejscu zawsze miałam wrażenie, że chronią mnie, że próbują wkroczyć w moje sny, gdy robi się w nich bardzo nieprzyjemnie, wręcz makabrycznie... (driady robią mocny wdech. to, co wychodzi z ich ust - ta mgiełka szarej magii - ma w sobie drobinki, pyłki trujących kwiatów. pamiętasz, jak mi to mocno, mocno pomagało?)
Pamiętasz to stare łoże z baldachimem, kryjące w sobie burzowe niebo, a kiedy czytaliśmy Muminki - las?
Musiałam rozebrać je na maleńkie części. One mi kazały, musiałam posłuchać, bo - szczerze mówiąc - sama byłam ciekawa, co konkretnie to święte miejsce kryje w głębi. Nie bój się, nie uszkodziłam drewna, mityczne stworzenia nie ucierpiały, a ja sama nabawiłam się jedynie kilku nacięć i sińców na dłoniach i szyi.
Zobaczyłam Sny, Istnienie, pierwowzór, groteskę. Ile żył może mieć nasza świątynia koszmarów? Okazuje się, że wiele, że to tak naprawdę plątanina żył we wszystkich kolorach (wyblakłych, przybrudzonych - ukazany jest tu czas). Pełno igliwia, maleńkich zaschniętych owadów i skruszonych kości naszych przodków.
Ułożyłam to wszystko w pewien schemat, położyłam się blisko tych skarbów i smakowałam zmienionego powietrza, smakowałam każdą kropelkę ich kryształowych łez. Śpiewały, śpiewały jeszcze przez długi czas.
Złożyłam świątynię - zajęło mi to dużo czasu, podczas którego śpiewałam wraz z nimi, zaśpiewam i Tobie w odpowiednim czasie.
Położyłam się, gładząc moje ukochane driady, układałam dla nich nową modlitwę.
sobota, 28 marca 2015
28.03.15
To takie piękne uczucie móc pisać na nowo, wpatrywać się w rosnącą ilość napisanych listów. Jeszcze ciężko jest mi je wysłać, są zbyt ważne, jestem jeszcze zbyt ucieszona tym, że powstały. Mają w sobie ukochane światło, dlatego niech przez kilka dni rozświetlają mój pokój. Potem zaczną szeptać w wielu innych umysłach, podzielę się tym, co siedzi i drga...
... a drga naprawdę wiele. Coraz częściej łapię się na tym, że nie pamiętam, że wszystko jest nie na swoim miejscu, że ktoś przy mnie stoi, modli się przy moim ciele kiedy śpię. I tylko Ty wiesz, ile sił kosztuje mnie akceptacja, uspokojenie się, wyciszenie tego ryku w sobie. Głaszcząc mnie po głowie mówisz, że to nic strasznego, że potrafię tak łatwo zapomnieć drugiego człowieka i to, ile dla mnie niegdyś znaczył. Uśmiechasz się kiedy przytakuję, w zamyśleniu patrząc przez okno na las. Bo nie pamiętam już bardzo wielu ludzi, tak wielu. Wiem tylko, że ich ilość jest nieracjonalnie duża, ale nie sposób przypomnieć ich twarzy, urwanych słów czy chociażby gestów. Nic. W pamięci są tylko ci, którzy mówią do mnie, przychodzą i uspokajają samym tylko swoim spojrzeniem. I to jest na swój sposób piękne, pomocne gdy ktoś wydaje się tak odrażający, że odchodzę - i jego już nie ma w mojej głowie, jak gdyby nigdy się przy mnie nie pojawił.
Patrzę na list, na którym z taką starannością zawiązałam koronkową wstążkę, i mam ochotę zedrzeć ją, słowa wyrzucić albo zapytać Najbliższej, kto jest autorem tego wszystkiego. Nie robię jednak niczego takiego, bo to by wymagało wielu dni spędzonych na przypominaniu sobie, i to czegoś, czego - podświadomie - wiem, że nie chcę pamiętać już nigdy więcej. Podchodzę do koszyczka z listami i wdycham zapach papieru z różnych stron kraju. Historie zamknięte w jednym miejscu - w nocy bardzo często słyszę ich powstawanie. Słyszę skrobanie długopisu na kartce, ale każdy nosi w sobie inne natężenie, inny ruch, inne emocje, słyszę różne oddechy i myśli. I to wszystko nie ma końca, bo koniec nigdy nie nadejdzie, nigdy nie odważy się dotknąć tego, co przychodzi nieoczekiwanie.
Mam mnóstwo planów na zagłębianie wiedzy. Nie odpycham już bliskich, pozwalam im istnieć takimi, jakimi są naprawdę (i kochać, kochać mocno i delikatnie). Pozwalam na chaos, na mocniejsze smaki i zapachy, na ruchome dźwięki. Pozwalam, mając nadzieję, że to mnie nie zgubi, że nie zatonę w tym zbyt mocno. Zrywam z rąk chłód, ale on wciąż odnajduje mnie na nowo.
(nie sposób nas wygoić
ale postaram się stworzyć dla Ciebie modlitwę
dla Nas.)
Wpuszczamy do naszego pokoju światło. Wpuszczamy nocne zwierzęta.
... a drga naprawdę wiele. Coraz częściej łapię się na tym, że nie pamiętam, że wszystko jest nie na swoim miejscu, że ktoś przy mnie stoi, modli się przy moim ciele kiedy śpię. I tylko Ty wiesz, ile sił kosztuje mnie akceptacja, uspokojenie się, wyciszenie tego ryku w sobie. Głaszcząc mnie po głowie mówisz, że to nic strasznego, że potrafię tak łatwo zapomnieć drugiego człowieka i to, ile dla mnie niegdyś znaczył. Uśmiechasz się kiedy przytakuję, w zamyśleniu patrząc przez okno na las. Bo nie pamiętam już bardzo wielu ludzi, tak wielu. Wiem tylko, że ich ilość jest nieracjonalnie duża, ale nie sposób przypomnieć ich twarzy, urwanych słów czy chociażby gestów. Nic. W pamięci są tylko ci, którzy mówią do mnie, przychodzą i uspokajają samym tylko swoim spojrzeniem. I to jest na swój sposób piękne, pomocne gdy ktoś wydaje się tak odrażający, że odchodzę - i jego już nie ma w mojej głowie, jak gdyby nigdy się przy mnie nie pojawił.
Patrzę na list, na którym z taką starannością zawiązałam koronkową wstążkę, i mam ochotę zedrzeć ją, słowa wyrzucić albo zapytać Najbliższej, kto jest autorem tego wszystkiego. Nie robię jednak niczego takiego, bo to by wymagało wielu dni spędzonych na przypominaniu sobie, i to czegoś, czego - podświadomie - wiem, że nie chcę pamiętać już nigdy więcej. Podchodzę do koszyczka z listami i wdycham zapach papieru z różnych stron kraju. Historie zamknięte w jednym miejscu - w nocy bardzo często słyszę ich powstawanie. Słyszę skrobanie długopisu na kartce, ale każdy nosi w sobie inne natężenie, inny ruch, inne emocje, słyszę różne oddechy i myśli. I to wszystko nie ma końca, bo koniec nigdy nie nadejdzie, nigdy nie odważy się dotknąć tego, co przychodzi nieoczekiwanie.
Mam mnóstwo planów na zagłębianie wiedzy. Nie odpycham już bliskich, pozwalam im istnieć takimi, jakimi są naprawdę (i kochać, kochać mocno i delikatnie). Pozwalam na chaos, na mocniejsze smaki i zapachy, na ruchome dźwięki. Pozwalam, mając nadzieję, że to mnie nie zgubi, że nie zatonę w tym zbyt mocno. Zrywam z rąk chłód, ale on wciąż odnajduje mnie na nowo.
(nie sposób nas wygoić
ale postaram się stworzyć dla Ciebie modlitwę
dla Nas.)
Wpuszczamy do naszego pokoju światło. Wpuszczamy nocne zwierzęta.
niedziela, 22 marca 2015
22.03.15
Od kilku dni wsłuchuję się w siebie bardziej, intensywniej. Przytłumiam odgłosy ze świata rzeczywistego, by utorować drogę pierwszeństwa dla hałasu wewnątrz mnie. Dobrze wiesz, jakie to trudne, niemal graniczące z cudem, a jednak - o dziwo - wykonalne.
Sama sobie wykrajam żyły, by Zobaczyć. Leciutko tylko odsuwam je na bok, w cięższych przypadkach - gdy żyły są zbyt rozrośnięte jak gałęzie starego dębu - nacinam, w histerii wyrywam, a potem zszywam długą igłą mocno zawiedziona. To jak wywoływanie tego Zła, które noszę w sobie. I stało się. Przeczuwałam to już od długiego czasu i oto jest. Namacalny żywy smutek, palący to, co jeszcze uchowało się we mnie. Dwie smutne wrony z przypalonymi skrzydłami, czarne oczy jak dwa obsydiany, jeszcze ciepłe i parzące. Po środku obraz przedstawiający stary gotycki kościół, wokół którego zgromadziły się postacie, w poszarpanych ubraniach.
Stało się to nagle i bez wyraźnego powodu. Może to jest właśnie tak, że smutek skumulowany, uwalnia zło i grzechy - i wtedy to ty nimi jesteś, bo jesteś jego [zła] indywiduum.
Gesty rozpadają się niepielęgnowane, cisza prowadzi do strachu.
Jest we mnie coś słabego, maleńkiego - dlatego każde uderzenie upodobnia moje ciało do Księżyca. Ściskam w dłoni różaniec Babci. Ten, na którym przemodliła wszystkie najgorsze chwile, na którym zawieszała każdą swoją nadzieję, zduszała w paciorkach empatię, pozwalała łzom płynąć i uszkadzać go. I chciałabym wierzyć, że jego dotyk zabliźni te rany (które utworzyły pewne wzory, Ty wiesz), że stanę się odrębną gwiazdą w kosmosie - tak bardzo bym chciała. Nie wypaliłabym się nigdy, bo strachy podsycałyby przerażenie i lęki.
Zginiemy w atmosferze. Ukrywam się pod stołem, gdy jest już na tyle głośno, a przed oczami powstają tak okropne nie-do-wytrzymania sceny, ukrywam się w bujanym fotelu, kuląc się jak płód w ciele lisa. Szepty.
wtorek, 10 marca 2015
10.03.15
Jest coraz cieplej. Zaczęłam otwierać balkon, wtedy cały pokój owiewa zapach narodzin. Jest jeszcze bardzo delikatny, dlatego tak łatwo jest mi wyczuć jego dziewiczość. W ciągu dnia słyszę głębokie oddechy ścian, w nocy przytrzymuję ramy obrazów, by ocalały, by przetrwały ten proces nieśmiałego oczyszczania. Wciąż każdego dnia wypatruję cichego światła, tak bardzo przeze mnie pokochanego. Jego go coraz mniej - złoto, rdza i miód - jest go coraz mniej.
Zasypiam bardzo późno, bo One nie dają mi spokoju, nie pozwalają zasnąć, Ty wiesz. I tylko czasami głaszczesz mnie uspokajająco po ciele, ale znowu zaczęłam uciekać przed Twym dotykiem mięciutkiego puchu. Nie pozwalam.
Budzę się bardzo wcześnie, ale to piękne przebudzenie, bo po krzykach w głowie, następuje piękna pieśń ptaków. Nie sądziłam, że one potrafią wydobyć ze swych maleńkich ciał tak cudowną pieśń. Mistyczną. Pieśni budzą mnie każdego ranka, wyobrażam sobie, że odbijają się od gór, owiewają moje schorowane ciało, moją schorowaną głowę - leczą. Wędrują po lesie i przynoszą mi z niego zapach, taki kuszący i prawdziwy. Dostojność, niezwykłość. Magia, w jeszcze nie do końca obudzonym świecie.
*
A więc jesteś, znowu jesteś. Dzięki temu zrozumiałam to, co chodziło za mną już od tak długiego czasu, co kazało mi się schylać, gdy przez strach wpadałam w lekko uchylone drzwi.
Lekkość bytu.
Wczoraj głosy bardzo się nasiliły, schowałam się w czarną sukienkę, wypiłam kilka kieliszków napoju o pięknej barwie, a potem szeptem opowiadałam baśnie - jak modlitwę. Opowiadałam mojej małej sarence, opowiadałam zapalonej świeczce.
Coś bardzo chce, bym wpuściła to w swoje życie, w siebie. Po głowie wciąż mocno szura tych kilka słów 'Wpuść mnie'. W zimnych dłoniach ściskam bordowy różaniec, przyciskam go do ust.
Zasypiam bardzo późno, bo One nie dają mi spokoju, nie pozwalają zasnąć, Ty wiesz. I tylko czasami głaszczesz mnie uspokajająco po ciele, ale znowu zaczęłam uciekać przed Twym dotykiem mięciutkiego puchu. Nie pozwalam.
Budzę się bardzo wcześnie, ale to piękne przebudzenie, bo po krzykach w głowie, następuje piękna pieśń ptaków. Nie sądziłam, że one potrafią wydobyć ze swych maleńkich ciał tak cudowną pieśń. Mistyczną. Pieśni budzą mnie każdego ranka, wyobrażam sobie, że odbijają się od gór, owiewają moje schorowane ciało, moją schorowaną głowę - leczą. Wędrują po lesie i przynoszą mi z niego zapach, taki kuszący i prawdziwy. Dostojność, niezwykłość. Magia, w jeszcze nie do końca obudzonym świecie.
*
A więc jesteś, znowu jesteś. Dzięki temu zrozumiałam to, co chodziło za mną już od tak długiego czasu, co kazało mi się schylać, gdy przez strach wpadałam w lekko uchylone drzwi.
Lekkość bytu.
Wczoraj głosy bardzo się nasiliły, schowałam się w czarną sukienkę, wypiłam kilka kieliszków napoju o pięknej barwie, a potem szeptem opowiadałam baśnie - jak modlitwę. Opowiadałam mojej małej sarence, opowiadałam zapalonej świeczce.
Coś bardzo chce, bym wpuściła to w swoje życie, w siebie. Po głowie wciąż mocno szura tych kilka słów 'Wpuść mnie'. W zimnych dłoniach ściskam bordowy różaniec, przyciskam go do ust.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






